Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śmierć. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śmierć. Pokaż wszystkie posty

środa, 18 maja 2016

Kilka pytań o miłość

Zastanawiam się ostatnio, czy Wy, którzy głosowaliście na […] i daliście przyzwolenie na to, co się teraz wyrabia, i którzy macie dzieci (małe, większe, przyszłe), myśleliście o tym, jaką przyszłość im gotujecie. Bo chyba kochacie to swoje obecne lub potencjalne potomstwo, co nie? Skąd ta pewność, że Wasze dzieci nie są homo? Że syn na ten przykład za pięć lat nie zakocha się w Michale albo że jego wybranka nie będzie chodziła w hidżabie? Skąd wiecie, że Wasza córka nie pokocha Muhammada na wakacjach w Egipcie albo Tatiany we Lwowie? Na jakiej podstawie budujecie swoją pewność, że płeć, którą wpisaliście/wpiszecie w metryce swojego dziecka, będzie właśnie tą, z która ono będzie się identyfikowało za dziesięć lat? Jakim trzeba być człowiekiem, żeby skazać własne dziecko na to, że może być prześladowane za to, że kocha? Dlaczego tak łatwo wysyłacie swoje dzieci na ulice, na których będą szykanowane, wyśmiewane i bite za to, kogo kochają? Dlaczego nie zależy Wam na tym, żeby zapewnić im dobrą, komfortową i bezpieczną przyszłość i zamiast miłości do nich, wybieracie hurra patriotyzm, nienawiść i rasizm? Wywyższanie się nad osobami o innym kolorze skóry, bojkotowanie kebabów ze względu na to, że sprzedaje je Ahmed, a nie z powodów zdrowotnych czy ekologicznych, to jest rasizm. Palenie podobizny Żyda, wymachiwanie krzyżem celtyckim, wyśpiewywanie o jednej rasie, białej rasie – to jest rasizm. Naprawdę takiego świata chcecie dla swoich dzieci?


To nie zgniła elita, nie zniechęcenie lub obrzydzenie poprzednią partią rządzącą są winne temu, że wybraliście tych, których wybraliście. To Wy jesteście za to odpowiedzialni. I zazdroszczę Wam umiejętności jasnowidzenia, zazdroszczę pewności, że sprawy LGBTQ, mniejszości wyznaniowych i osób o innym kolorze skóry Was nie dotyczą. Ja potrzebowałam mniej więcej dwudziestu pięciu lat, żeby odkryć swoją seksualność. Skąd ta pewność, że Wasze dzieci nie dojdą do podobnych wniosków? Naprawdę jesteście pewni, że mają prawo kochać jedynie białych heteroseksualnych katolików? Bo jeśli macie choć cień wątpliwości, to znaczy, że sprawy LGBTQ i rasizm są Waszymi sprawami. 

piątek, 24 października 2014

bezczas

Świdrujący pisk wierci dziurę w głowie. Boli, zgniata, miażdży. Nieposłuszne ciało zapada się pod ciężarem skotłowanej, gorącej kołdry. Powietrze jest stęchłe, oddech cuchnący. Powieki zbyt ciężkie i opuchnięte. Światło boli, dźwięki bombardują. Stuk łyżki o brzeg kubka, kłapnięcie drzwi lodówki, syk palącego się płomienia, szum wody. Wrzynają się w mózg. Cierpiący człowiek zawsze jest egoistą. Chodzi tylko o to, żeby już się skończyło, przestało. Żeby czas się zatrzymał, żeby nie było ciągu przyczynowo-skutkowego, żeby ta cudowna, zawsze miniona, chwila tuż przed dźwiękiem budzika, trwała wiecznie. Chwila, której nie sposób doświadczyć, bo istnieje tylko w postaci tęsknoty, potrzeby powrotu do tego, co było tak niedawno, przed sekundą i co umiera w momencie otwarcia oczu. Codziennie ta sama nadzieje, że dzień się nie zacznie, że nie będzie trzeba dotykać spoconymi stopami zimnej podłogi, że nigdy więcej nic się nie poruszy, że czas się zatrzyma, nie będzie planów, ani działań i ich efektów. Nic więcej się nie wydarzy, będzie spokój, cisza i bezczas.


Dlaczego to wszystko rozpoczyna się wcześniej, niż mogłoby się zacząć, chociaż wcale nie ma takiej potrzeby? Nie rozumiem czasu. Nie zgadzam się z jego regularnością, nie wyczuwam ciągłości. To nieprawda, że każda godzina trwa tyle samo. Nie znoszę tykających zegarów. Mam wrażenie, że siekają mi mózg, są narzędziem opresji. Nie spieszę się nawet wtedy, kiedy jestem już spóźniona. Odkąd pamiętam nienawidziłam poranków. Kiedy mieszkałam w Lublinie, chodziłam do Szkoły Podstawowej imienia Synów Pułku Ziemi Lubelskiej, która była największą podstawówką w województwie. Lekcje odbywały się w trzech turach, pierwsza zaczynała się o 7:30. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że można nie chodzić do szkoły, że cały ten opresyjny mechanizm to tylko umowa, która funkcjonuje wyłącznie wtedy, kiedy obie strony się nią przejmują. Potrzebowałam mniej więcej pięciu lat, żeby zrozumieć, że z tej zabawy można się wypisać i że naprawdę nikomu nic się z tego powodu nie stanie. To już nie te czasy, kiedy uczniom groziło realne niebezpieczeństwo, nie było kar cielesnych, zamykania w kozie, rodzice też mnie nie bili. Być może miałam szczęście. Kiedy zrozumiałam, że oceny to tylko cyfry wpisywane długopisem do dziennika, a gniew nauczycieli nie wynika z prawdziwej troski, tylko z ich poczucia niskiej wartości i potrzeby dominacji, przestałam się przejmować. Nie wstawałam na poranne lekcje, nie rysowałam szlaczków, nie czytałam Sienkiewicza. Ale kiedy jeszcze mieszkałam z Prawdziwą Rodziną, codziennie o 7:30 mąż mojej mamy otwierał z chrzęstem drzwi do mojego pokoju (bez pukania), zapalał górne światło i pogodnym głosem mówił: Pobudka! Każdego dnia byłam przekonana, że jeśli nie uda mi się wstać, to stanie się coś strasznego. Byłam pewna, że toczę walkę na śmierć i życie, i nawet nie chodzi o mnie, tylko o dobro całego świata i najbliższej rodziny. Bo poranna rutyna by się zachwiała, on spóźniłby się do pracy, a ja do szkoły. Weszłabym do klasy po dzwonku, nauczycielka byłaby wściekła, zrobiłaby mi coś bardzo nieprzyjemnego (tylko fizycznych kar się bałam), na dodatek przeszkodziłabym innym dzieciom w nauce, przez co nie dostałyby się na studia i musiałby do końca życia kopać rowy w zimie albo sprzątać szkolne korytarze (nie wyobrażałam sobie ciężej roboty, niż przerzucanie łopatą zmarzniętej ziemi i głupszej, niż jeżdżenie po szaroburym linoleum filcową szmatą nawiniętą na ogromną miotłę, i do tego ten poliestrowy fartuch w brzydkie kwiatki!) Nie życzyłam tak źle kolegom i koleżankom z klasy, a przynajmniej nie chciałam brać odpowiedzialności za ich studia, więc wstawałam, szybkim ruchem ścigałam z krzesła ubrania przygotowane poprzedniego dnia wieczorem i wracałam z nim pod kołdrę. Tam w ciepłym namiocie oszukiwałam czas, zdejmując piżamę i zakładając czyste rzeczy. Bez mycia się. Dzięki temu unikałam najgorszej chwili zderzenia z zimną rzeczywistością. Wychodziłam z łóżka ubrana, gotowa na nowy dzień, jakby nigdy nie spotkało mnie piękno i ciepło nocy, nic, za czym mogłabym tęsknić. Dzień przechodził w dzień, snu nie było.

niedziela, 14 września 2014

Voice of Praga

Nigdy nie widziałam jego twarzy. Podejrzewam, że jest dość otyły, nosi źle skomponowane ubrania i nigdy się nie zastanawiał się nad tym, czy kiedykolwiek kochał swoją żonę. Przez pięć dni w tygodniu jest trzeźwy. Wstaje bardzo wcześnie, kiedy budzi się Praga, menel, już przetrzeźwiały, gniecie butem puszki, a młoda kobieta pociąga zaschniętym tuszem zaspane rzęsy, zakłada plastikowe szpilki, wystukuje obcasami rytm zbyt wczesnego poranka. Za każdym razem, kiedy nie mogę spać, nasłuchuję i zastanawiam się, po co o 5:30 rano zakładać niewygodne buty. On też wstaje o tej porze. Ziewa, śmierdzi mu z ust. Kiełbasę z cebulą popija słodką herbatą. Wychodzi do roboty, wraca, ogląda telewizję i zasypia w fotelu. Prawdopodobnie z nadpalonym papierosem, który w odpowiednim momencie żona wyjmuje spomiędzy jego pożółkłych palców. Zanim utopi niedopałek w popielniczce pełnej petów, pospiesznie zaciąga się kilkukrotnie.
  
W piątek przychodzą znajomi. Zasuszone kobiety i okrągli mężczyźni. Piją wódkę, nie wiedzą, skąd się znają, rzadko przypominają sobie swoje imiona. Wydają dużo dźwięków, nigdy nie rozmawiają. Kolejne słoiki i puszki przerabiają na popielniczki. Jego żona w kącie, na niewygodnym taborecie upija się po cichu. Wie, że musi rano wstać, utłuc mięso na kotlety, obrać ziemniaki, włączyć odkurzacz Predom Zelmer. Brzmi prawie jak freedomwolność. Zna to słowo. Usłyszała je kiedyś w jakimś Voice of TV i zapamiętała, bo skojarzyło jej się właśnie z odkurzaczem, który dostali w prezencie ślubnym, w 78 roku, kiedy miała 17 lat, brzuch pełen nadziei i sukienkę z firanki. Więc wstaje w sobotę rano, pociąga łyk z opróżnionej w jednej trzeciej butelki i idzie w leginsach w panterkę, w różowym podkoszulku z cekinami, w klapakach ozdobionych resztkami brylantów do Biedronki, po ten schab i po piwo dla niego. Na rano, żeby tak bardzo nie krzyczał, a przynajmniej nie na nią. Stara się zdążyć, zanim sąsiad spod czwórki włączy „Ona tu jest i tańczy dla mnie” albo „Cziki cziki czikita, jeśli masz ochotę, daj mi jakiś znak”. Codziennie ta sama niewysłuchana modlitwa. Kobieta wraca, podaje puszkę, wrzuca na rozgrzany olej grubo pokrojoną cebulę, kroi mięso, wbija jajka, wyjmuje z worka cztery kromki polskiego domowego powszedniego, jadą ręką tłucze kotlety, drugą miesza na patelni przysmażone białka z resztkami teflonu. Przecież się stara. Robi wszystko, żeby tak głośno nie wrzeszczał, żeby sąsiedzi nie słyszeli, bo przecież to dobry dom, żona poczciwa, mąż pracuje, pieniądze przynosi, pije tylko w łykendy i na wesoło albo zasypia kulturalnie. Kto by pomyślał, pani kochana! Normalna rodzina! Nigdy niczego nie słyszałam. Nawet telewizor taki płaski kupili na święta. A bachory w tym wieku jakie są, to każdy wie. Dyscypliny potrzeba, krótkiego trzymania. Klapsa czasem dał, pewnie, w końcu dobrym ojcem był, co nie? Białka za wolno się ścinają, a on lubi wysmażone, przyrumienione. I chleb ze smalcem żeby był do tego. Za wolno. Opróżnia trzecią puszkę, już siedzi na skraju wersalki, drapie się, przeciąga, mlaska.

– Mongoły, pierdolone! Mongoły w dupę jebane! Wszystko przez te Mongoły! Zajebały, rozkradły, kurwa!

Budzi mnie ten krzyk, wyrywa ze snu o wojnie na Ukrainie, o dżihadzie i tęsknocie. Nigdy nie widziałam Mongoła. On pewnie też nie. Zastanawiam się, jak można tak nienawidzić.

czwartek, 19 czerwca 2014

panic bird

Na moim prawym ramieniu siedzi ptak z rodziny krukowatych. Miarowo uderza dziobem, przebija skórę i drąży otwór w kości mojej czaszki. Próbuję ignorować ból, dopóki to jest możliwe, potem łykam tabletkę. Strużka krwi ścieka po szyi za kołnierz, rozmazuje się pod ubraniem, ale jestem sprytna. Zakładam czerwoną koszulę, żeby nikt się nie domyślił, żeby wszyscy myśleli, że taki ze mnie oryginał, co trzyma ptaka na ramieniu. Jest duży i ciężki. Są dni, kiedy trzepie skrzydłami i wydaje głośne dźwięki, które zagłuszają wszystko: szum miasta, śmiech przyjaciela, wyznania miłosne, prośby o pomoc. Stuka i łomocze, krzyczy i kracze, a ja marzę o ciszy, o odrobinie niezbędnego spokoju. Czasem zasypia. Wtedy rana zaczyna się goić, krew zasycha, niepewnie się uśmiecham. Zbyt szeroki uśmiech sprawia, że skóra na głowie się porusza, a strup pęka. Wypływa świeża krew, jej zapach budzi ptaka. Znowu dziobie. 

środa, 19 marca 2014

Apocalypse. Now!



Rano w tramwaju dziewczyna w niebieskim szaliku niechlujnie żuje gumę. Nadmuchuje balon. Patrzę przez okno. Samochód nie zdążył zahamować, wjeżdża w tłum ludzi, którym nie chciało się poczekać, aż czerwone zmieni się w zielone. Okulary spadają, pomarańcze się rozsypują, wiat porywa apaszkę. Tuż za rondem ciężarówka wbija się w tył autobusu. Blacha gnie się jak liście sałaty, szyby wybuchają milionem brylantów, opony malują na asfalcie secesyjne wzory. Most wali się pod ciężarem pociągu, który jak bezwładna gąsienica zsuwa się do rzeki. Ostatkiem sił próbuje utrzymać się na skrawku śliskiego toru, podciągnąć na zerwanej sieci trakcyjnej. Nic z tego. Wszyscy zginą. Pęka balustrada na moście. Przyczepione do niej kłódki, znaki wiernej nieskończonej miłości, lecą do brudnej wody jak paciorki (szklane, oczywiście). Dzikie, nieśmiałe dotąd zwierzęta, które skrywały się w bebechach miasta, odzyskują śmiałość, wychodzą z ukrycia. Już nie wystarczą im resztki, śmiecie i odpadki. Szczury ciągną kawał Grana Padano z pobliskich delikatesów, bezdomne psy rozszarpują jamóna serrano. Odpada tynk, pękają szyby, drżą ulice. Ludzie uciekają w popłochu, nie wiedząc, że nigdzie nie jest lepiej. Wszyscy umrą. Uśmiecham się. Balon pęka. Dziewczyna w niebieskim szaliku zlizuje resztki gumy z czerwonych ust.

środa, 19 lutego 2014

na puszczy



Nade mną mieszka kobieta, która krzyczy. Pierwszej nocy pragnęłam wykazać się miłosierdziem. Dobrym człowiekiem być, się czuć, pomoc społeczną zawiadomić. Może nawet z synem tej pani pogadać, że to niehumanitarne, że matka przyrasta do łóżka i cierpi. Albo straż miejską wezwać. Może pomogą drzwi sforsować, cierpienie złagodzić, albo chociaż jęki wyciem karetki uciszyć. Drugiej nocy wspinałam się na szczyt empatii, chciałam zrozumieć, jak się czuje ktoś, kto nie może wstać z łóżka. Być może Mariola faktycznie jest w kuchni albo w drugim pokoju i nie słyszy wołania? Może trzeba jeszcze głośniej, jeszcze wytrwalej, aż do piątej nad ranem? A może nie chce słyszeć? Albo nie żyje? Może umarła w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym siódmym, ale kobieta z piątego piętra (mieszkam na czwarty) jeszcze się nie zorientowała? Bo leży w łóżku od osiemdziesiątego trzeciego i trochę jej się lata mylą? Miesza się czas teraźniejszy z przeszłym. To normalne kiedy jest się zależnym. Trzeciej nocy miłosierdzie i empatia wysiadają. Marzę o tym, żeby już umarła. Żeby z krótkiego, przerwanego snu nie wyrywał mnie krzyk zza ściany: boże, boże, niech się ktoś zlituje!  Wyobrażam sobie, że wyważam drzwi i włamuję się tam po to, żeby roztrzaskać jej głowę siekierą (nie mamy w domu siekiery). Nie potrafię wykrzesać z siebie współczucia, ani dobrej woli. Chcę spać.

poniedziałek, 27 stycznia 2014

kamienica

Przekręcam się z boku na bok. Po raz setny tej nocy. Poduszka za płaska, kołdra za ciężka, dwie poduszki za wysokie, druga kołdra za cienka. Myśli oblepiają głowę jak smoła, wlewają się do oczu niechcianymi obrazami. Obmyślam wszystkie katastrofy, które mogłyby się zdarzyć. Planuję pogrzeby, samobójstwa, rozstania. Przymierzam choroby, odcinam sobie piersi i wycinam macicę. Czasem rodzę martwe dzieci. Codziennie o trzeciej w nocy sąsiadka z dołu wychodzi na klatkę schodową i kaszląc, zapala papierosa. Czuję zapach dymu. To ta, która kiedyś mnie zapytała, czy jestem narkomanką.
– A czy wyglądam? – burknęłam.
– Z nimi nigdy nie wiadomo. Była tu taka jedna, spała na schodach na górze. Też nie wyglądała.
Gorąco. Piję wodę. Zimno. Zawijam się w kołdrę. Chowam głowę. Duszno. Między piątą a szóstą wstaje sąsiadka zza ściany i zaczyna krzyczeć na swoje dziecko. Wstawaj gówniarzu co tak długo jeszcze się nie ubrałaś trzeba wychodzić debilu. W myślach poprawiam formy męskie na żeńskie. Chwilę po szóstej przychodzi syn sąsiadki z góry. Co mamusia zje na śniadanie? Kluski lane zrobić czy kaszę manną na mleku? O, kupę mamusia zrobiła. Niechże mamusia współpracuje! Poruszy się, spróbuje podnieść i nie stęka, nie ma powodu! Schody skrzypią pod stopami robotników porannej zmiany, przewraca się butelka, komuś upadają klucze. Kształty wyłaniają się z ciemności, dziwnie wyraźne, nierzeczywiste. Zasypiam na minutę, śni mi się morze, betonowe portowe nadbrzeże. Śmierdzi rybami. Woda jest ciemna i brudna, brunatna piana obryzguje mi twarz. Dzwoni budzik. Wstaję. Udaję, że nic się nie wydarzyło.

poniedziałek, 16 grudnia 2013

rozwód duszy z ciałem

Strony nie zawierały umów małżeńskich. Obecny stan więzi pomiędzy małżonkami prowadzi do wniosku, że nastąpił jednoznaczny rozpad pożycia małżeńskiego o charakterze trwałym, uzasadniony przez śmierć.

Strony poznały się w roku 195..., zamieszkiwały wspólnie przez przeszło 60 lat. W początkowym okresie trwania małżeństwa pomiędzy małżonkami nie występowały problemy i małżeństwo funkcjonowało prawidłowo, dopiero po upływie znacznego okresu czasu Pozwany zaczął się domagać więcej uwagi i opieki, stawał się bardziej zależny i wymagający, gdy tymczasem Powódka dążyła do samodzielności oraz niezależności.

Pod koniec roku 2013 konflikty i nieporozumienia pomiędzy małżonkami się nasiliły. Wynikały z niezgodności stron w zakresie celów życiowych oraz zainteresowań. Strony posiadały odmienne kręgi znajomych, coraz więcej czasu spędzały oddzielnie, a w trakcie wspólnego przebywania nie umiały nawiązać prawidłowego kontaktu. Nasiliły się również między nimi kłótnie, a małżonkowie nie potrafili już podejmować decyzji w najważniejszych kwestiach. Oboje zauważyli, że nie są w stanie dalej funkcjonować w tym związku, jednakże starali się podjąć próbę naprawy istniejącej sytuacji. Prowadzili rozmowy w celu poprawy ich wzajemnych relacji, a także zasięgali porad najznamienitszych przedstawicieli medycyny konwencjonalnej oraz niekonwencjonalnej, jednakże próby te nie przyniosły żadnych trwałych i pożądanych efektów, gdyż strony coraz bardziej się od siebie oddalały.

Na skutek trwającego złego stanu pomiędzy stronami, na wyraźną prośbę Powódki, małżonkowie podjęli decyzję o separacji. Od tego czasu ustało między stronami współżycie fizyczne.

Uczucie między małżonkami wygasło i nie widzą oni szans na dalsze trwanie związku. W sposób ugodowy, przy niewielkim udziale osób trzecich oraz sprzętu medycznego, rozstrzygnęli oni wszystkie kwestie związane ze swoimi relacjami. Majątku wspólnego nigdy nie posiadali.

Przesłuchanie stron wydaje się niemożliwe z przyczyn ontologicznych.

poniedziałek, 17 czerwca 2013

romantyczność

Silva ma złamane serce. Próbuję ją wspierać, ale kiepsko mi to wychodzi. Od bardzo dawna nie dałam nikomu możliwości złamania sobie serca i już trochę zapomniałam, jak to jest. Przy S. czuję się zimna i kamienna.

Opowiadała mi o różnych romantycznych sytuacjach, które były i minęły.
– Któregoś dnia czekałam na niego przez cały dzień ubrana tylko w zwiewną, czarną sukienkę. Myślałam, że spłonę, a on to podsycał esemesami...
– Tak, znam to. Potem, jak już przychodzi co do czego, okazuje się, że właściwie wszystko się wydarzyło w tych esemesach, że już się nie chce, że chodziło tylko o czekanie i można pójść spać. Albo osoba, na którą się czekało, spóźnia się nieznośnie, robi ci się zimno, zakładasz dres, chowasz się pod kocem i czytasz książkę do rana.
– Nieprawda! – oburzyła się z lekkim uśmiechem.
– Prawda, prawda. To tak, jak z seksem na plaży. W filmie wygląda romantycznie, a w rzeczywistości? Piasek w ustach, we włosach i w cipce. Otarcia. Albo śniadanie do łóżka. Okruchy pod tyłkiem, rozlana kawa, filiżanka, której nie ma gdzie odstawić. Przed śniadaniem trzeba zrobić siku, umyć zęby. Po co potem wracać do łóżka? Na seks to rozumiem, ale żeby jeść? Bez sensu. A seks w kuchni? Kiedy boli kark, bo trudno się zmieścić pod wiszącymi szafkami, trzeba uważać, żeby nie rozlał się olej albo mleko, żeby nie zrzucić solniczki, nie nadziać się na nóż. Zrywanie naręczy polnych kwiatów i razem z nimi przynoszenie sobie do domu mszyc. Szczękanie zębami z zimna nocą na moście i potem leczenie spierzchniętych ust. Dostawanie ciętych kwiatów i obserwowanie, jak gniją, umierają, zaczynają śmierdzieć...

wtorek, 4 czerwca 2013

małe piwo

Po dość nudnym i kiepsko zorganizowanym proteście w słusznej sprawie siedzieliśmy z P. i Silvą na małym piwie. Rozmowa powoli się snuła, butelki stawały się coraz lżejsze. W pewnym momencie przed oświetloną witryną przystanęła staruszka. Nie odgarnęła siwych kosmyków opadających na czoło, nie zapytała, co się tu dzieje i czemu jest tak głośno, skoro już zapadała cisza nocna. Nic nie powiedziała, nie wykonała żadnego bezsensownego ruchu. W granatowym płaszczu-pelerynie do kolan stała i złowrogo patrzyła przez szybę, przez szeroko otwarte drzwi, na rozweselonych, beztroskich ludzi. Rozejrzałam się po wnętrzu. Na kogo wypadnie, na tego bęc. Sympatyczna, wytatuowana barmanka, która zawsze wita nas uśmiechem. Głupawe, rozchichotane dziewczyny przy pierwszym stoliku. Zagraniczni turyści przy drugim. Opierający się o pustą butelkę, podstarzały, smutny metal przy trzecim.
– Jak śmierć – spojrzałam znacząco na P.
– Kostucha – dodał, potwierdzając.

wtorek, 21 maja 2013

gwóźdź

– Jest jedna rzecz, której nigdy nie możesz mi zrobić. – powiedziałam do P. na samym początku. – To jest coś, co sprawia, że tracę nad sobą kontrolę; czuję się wtedy naga i bezsilna, a poczucie bezsilności budzi we mnie agresję. Bo to było tak: miałam wtedy sześć, może siedem lat. Mieszkaliśmy w Lublinie, na pewno jeden z moich młodszych braci już był na świecie. Drugi mógł się jeszcze nie urodzić albo był tak mały, że nieistotny. Bardzo często przyjeżdżaliśmy w odwiedziny do Czwartej Babci, u której w dużej mierze się wychowywałam. W przedpokoju szeregowego domu babci i dziadka była boazeria. Pamiętam ją bardzo dobrze, bo kiedy byłam zła albo chciałam być złośliwa, wydłubywałam z niej malutkie gwoździe. Czasem też wpychałam sęki do środka. Robiły się dziury, których babcia nie znosiła. Była na mnie wściekła, ale nie chciała tego okazać. Mówiła coś w stylu: „Dziecko, co ty robisz! Idź się pobawić!” i wracała do szykowania jedzenia. A ja szłam do innego zakamarka domu i próbowałam wymyślić kolejną zabawę, która tak bardzo ją zdenerwuje, że będzie musiała na mnie krzyknąć, że być może się nie pohamuje i trzaśnie mnie ścierką przez łeb. Wiedziałam, że nigdy nic mi nie zrobi. Nie znosiłam tej nieuczciwości, w której zło nie było karane, tej pokornej miłości podszytej współczuciem i rozczarowaniem, troski podyktowanej obowiązkiem. Któregoś dnia, kiedy siedziałam w kącie i wydłubywałam gwoździk, padł rozkaz, że wszyscy jako rodzina idziemy do kościoła. Zbaraniałam. Nigdy nigdzie nie chodziliśmy jako rodzina, a tym bardziej nie do kościoła. M. zawsze powtarzała, że popełniła najcięższy grzech złamania przysięgi i nie może tam chodzić (przyjęłam to ze zrozumieniem, bo wydawało mi się oczywiste, że rozwód z moim ojcem jest najcięższym grzechem, którego nigdy – byłam wtedy tego pewna – jej nie wybaczę). Stałam tyłem do ściany pokrytej boazerią i próbowałam pytać, tłumaczyć, potem krzyczeć, że nie chodzimy do kościoła, że nie mogą mówić, że coś muszę, skoro wcale nie muszę, bo tego nie robiłam do tej pory, że nie mogą mnie zmuszać do pójścia, że jak nie przestaną, to zadzwonię do taty i powiem mu, że mnie zmuszają, a on przecież tyle razy powtarzał, że Kościół to bzdura, że chodzą tam durni ludzie, a ja nie chcę być durna. I że nie można mi mówić, co mam robić. A oni, z babcią na czele, tylko: „Ubieraj się, zaraz wychodzimy” i „Skończ już z tym gadaniem”. Wbijałam sobie gwoździk coraz głębiej pod paznokieć, coraz bardziej łzy zalewały mi gardło, coraz bardziej czułam się rozhisteryzowanym dzieckiem. W pewnym momencie babcia podeszła, chwyciła mnie za łokieć, wykrzywiła twarz i, naśladując moje łkanie, wydała z siebie dźwięk, który brzmiał mniej więcej jak „nenene-nenene”. Wyszarpnęłam się z jej uścisku, krzyknęłam, że tak nie można i poczułam, jak moja zaciśnięta pięść ześlizguje się po jej delikatnym, miękkim, przypudrowanym policzku.

Uciekłam przestraszona do łazienki, zamknęłam się od środka i siedziałam tam dość długo. Nie poszłam do kościoła. Już nigdy nikt mnie do tego nie zmuszał. Czwarta Babcia nadal czasem mnie przedrzeźnia (nauczyłam się walić w ścianę, nie w nią), M. nadal nigdy nie staje w mojej obronie, a boazeria została niedługo po tym wydarzeniu zdjęta ze ścian. Przez pewien czas myślałam, że to z powodu pobicia babci lub powyciąganych gwoździ, ale potem się okazało, że po prostu była brzydka. A ja nadal nie umiem się powstrzymać, kiedy ktoś mnie przedrzeźnia. P. wie coś na ten temat.

rys. Marta Zabłocka

poniedziałek, 15 października 2012

true blood

O pierwszej w nocy wyrywał mnie z wieczornego półsnu nad książką, wyciągnął z kieliszka z winem i powiedział:

– Bank chce ode mnie kolejnego tysiąca do raty kredytu. Postanowiłem pożegnać się z tym światem. Myślę, jak to zrobić, żeby wyglądało na wypadek. Wszystko jest na Ciebie zapisane. Idź już. No idź! 

Przez resztę nocy obmyślałam plan pogrzebu. W telefonie zrobiłam listę osób, do których muszę zadzwonić. Nie była długa. Zastanawiam się nad kolorem i wzorem urny. Przejrzałam ofertę domów pogrzebowych: paskudne, zdobione naczynia, najczęściej marmurowe lub metalowe albo drewniane na wysoki połysk. Wszystkie w stylu meblościanki. Zastawiałam się, czy mogłabym wykorzystać jago kubek z jeleniem, o który mi kiedyś zrobił karczemną awanturę, bo myślał, że go zbiłam i nie chcę się przyznać. Znalazłam potem ten kubek na balkonie, z resztkami niedopitej kawy. Nic nie powiedziałam. Umyłam, odstawiłam na miejsce. Albo mogłabym go pochować w butelce po czerwonym winie. Spodobał mi się ten pomysł. Pieczołowicie zdarłabym etykietę, wsypałabym jego prochy i zatkałabym korkiem. List w butelce i dżin w lampie. Dobierałam w myślach czarne spodnie do czarnych butów, skórzaną kurtkę do przekrwionych oczu. Obliczałam, ile butelek alkoholu musiałabym kupić na stypę, a oczyma wyobraźni widziałam kobiety w szpilkach na jego lakierowanej podłodze, plamę z wina na jego ukochanym fotelu, ślady dziecięcych dłoni na jego szybach. Słyszałam Nohavicę, którego uparcie włączaliby jego znajomi, i czułam swoją dezorientację.  

Noc przestawia umysł. Rano wiedziałam, że pogrzebu nie będzie, że nie przyjdzie dwóch policjantów ze złą nowiną, nie będę musiała dzwonić, ani tłumaczyć, dlaczego bez księdza i nie w kościele. Nic takiego się nie wydarzy. Chodziło tylko o cień lęku w moich oczach, o nieprzespaną noc, o jego nadzieję na mój strach. O teatr. Miałam podkrążone oczy. Kupiłam jednodniowy sok pomidorowy. Smakował jak krew.

– O, jednak żyjesz – powiedziałam na przywitanie, kiedy wieczorem weszłam do domu i zobaczyłam go pogrążonego w ciemności i w myślach, zatopionego w fotelu.

niedziela, 7 października 2012

siemię lniane



U prababci Suchożebrskej w Michalinie był duży okrągły stół. Stał pośrodku pokoju, wokół niego krzesła, w oknach szydełkowe kremowe firanki i paprotki na niskich komodach wypełnionych książkami. Przy stole uczyła angielskiego. Podczas lekcji nie wolno mi było wychodzić z maleńkiego pokoju, niewiele większego od pojedynczego tapczanu, który tam stał. Przez zamknięte drzwi słyszałam dukanie uczniów i podniesiony, spokojny ton prababci. Mieszkanie pachniało pastą do podłóg, zaparzanym siemieniem lnianym i nienagannymi angielskimi manierami. Bo prababcia była damą. Miała koronkowe rękawiczki, które czasem naciągała na żylaste, maleńkie dłonie. Chodziła powoli, szurając nogami, ale mimo zgrabionych pleców, podbródek utrzymywała zawsze równolegle do podłogi. Nigdy nie widziałam, żeby coś jadła. Poza tym ciągnącym się, glutowatym siemieniem i garściami tabletek. 

Słabo ją pamiętam. Rzadko ją odwiedzaliśmy. Bałam się jej starości. Obawiałam się, że jak mocniej dotknę jej cienkiej skóry, pęknie. Wyobrażałam sobie, że prababcia jest wypełniona różową galaretką, w której są zatopione białe kości. Lubiłam patrzeć na twarz pokrytą siateczką drobnych zmarszczek, na siwe włosy splecione w koczek i na wypielęgnowane paznokcie. Głównie patrzyłam. Bałam się przy niej odzywać.

Za każdym razem, gdy do niej przyjeżdżaliśmy, była mniejsza i coraz rzadziej mówiła po polsku. Nie rozumiałam pięknej brytyjskiej angielszczyzny, ale uwielbiałam jej słuchać. Belferskim tonem deklamowała wiersze, dawała mi książki z disnejowskiej serii A Little Golden Activity Book i podręczniki Anny Mikulskiej. I powoli znikała.

Pewnego dnia tata zaproponował, żebyśmy ją odwiedzili. Nie widziałam jej dłuższy czas. Bardzo się zdziwiłam, że zamiast do michalińskiego mieszkania, zawiózł mnie do brzydkiego budynku, w którym pachniało moczem, starością i lekarstwami.
– Teraz tutaj mieszka – powiedział.
Leżała w łóżku maleńka i bardzo sucha. Przygniatała ją wielka kołdra, a obok stał regał z książkami. Z babcinych rzeczy rozpoznałam tylko zdjęcie młodego mężczyzny w marynarskim mundurze, które zawsze stało przy jej tapczanie w Michalinie. Wiedziałam, że miał na imię Wojtek i że umarł młodo. Dużo później posklejałam kawałki układanki: Wojtek, młodość prababci, Pomorze, Westerplatte. Nie miała siły mówić, ale uśmiechnęła się na mój widok. W pewnej chwili zaczęła cicho recytować. Nie pamiętam co to za wiersz, ale było w nim słowo laugh.
– Co to znaczy? – zapytała. Przeraziłam się, bo teraz, kiedy była taka słaba i krucha, musiałam się przyznać, że prawie nigdy nie rozumiałam, co do mnie mówi. Po prostu lubiłam jej słuchać.
– Coś o miłości…? – wydusiłam z siebie. Roześmiała się zadziwiająco głośno.
– Nie love tylko laugh. Pamiętaj, zawsze najpierw laugh, potem love.