Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tu Praga. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tu Praga. Pokaż wszystkie posty

sobota, 13 stycznia 2018

impreza

W tym roku skończę trzydzieści trzy lata, niepodległość sto, a nasz związek pięć. Ta gra nigdy mi się nie znudzi.
Wracam do domu. Niesie mnie wino, dochodzi północ. Chciałam jeszcze pójść w noc, w miasto, ale ona mówi, że sen, zmęczenie, trochę jej się nie chce. Dochodzę do bramy, już mam wpisywać kod, prawie czuję zapach pościeli rozgrzanej jej ciałem. Dzwoni.
– Gdzie jesteś?
– Na imprezie.
– A, to spoko. Myślałam, że się poślizgnęłaś.
– Na parkiecie?
– Na chodniku!
– Chyba na czerwonym dywanie.
Rozłączam się. Jeszcze trzy piętra, szczęk klucza, miauk kota. Zdejmuję ubranie w przedpokoju. Jej sen pachnie biszkoptami. 

niedziela, 28 czerwca 2015

tryptyk praski



Praga-Północ, niedziela, dziewiąta rano. Impreza jeszcze się nie skończyła, ale w ich głosach słychać nadchodzącego kaca. Wychrypują kiepskie rymy („Twoja mama może sama, kurwa szama, twoja mama…”). Trochę mi ich żal. Nie położyli się spać w odpowiednim momencie i teraz już nie wiadomo. Pewnie piwo jest ciepłe, wygazowane, a wódki i sił brak, więc tak siedzą, półleżą, wydają niezidentyfikowane dźwięki, kiwają się. Dobrze, że każda melodia jest taka sama, nie trzeba zmieniać tempa, rytm prosty, niemal mantryczny. Jeden klika na YouTube’ie: „To jest, kurwa, zajebiste! Ja pierdolę, kurwa! Majtki różowe załóż na głowę la lala la”. 

Na podwórku przy śmietniku menel gniecie puszki. 

Zgarbiona kobieta w podomce tłucze kotlety. Nieświadomie wybija ten sam ryt, do którego kiwają się chłopaki z imprezy. Jest jej wszystko jedno. Stara się nie przesolić zupy i zamknąć okno na czas, żeby nic nie wyciekło, żeby świat nie zauważył i przypadkiem się nie rozpadł, żeby nie musiała decydować, bo to najgorsze. 

– Mongoły pierdolone! Zapierdolę Mongoły! – krzyczy ten, który codziennie nienawidzi kogoś innego: raz Cyganów, potem Żydów, komunistów i suk. Jednak Mongołom dostaje się najczęściej. Zastanawiam się, czy kiedykolwiek jakiegoś widział, choćby w telewizji. Prawdopodobnie nie rusza się z mieszkania. Ma stary, szorstki głos. Wyobrażam sobie jago zatłuszczony, pożółkły podkoszulek i szaro-bure rozciągnięte slipy. Że siedzi na jednym z dwóch foteli ustawionych przy dłuższych bokach ławy, na której popielniczka albo po prostu słoik kipi petami. Tak bardzo się nudzi, że z tej nudy nienawidzi wszystkich i wszystkiego.  

niedziela, 14 września 2014

Voice of Praga

Nigdy nie widziałam jego twarzy. Podejrzewam, że jest dość otyły, nosi źle skomponowane ubrania i nigdy się nie zastanawiał się nad tym, czy kiedykolwiek kochał swoją żonę. Przez pięć dni w tygodniu jest trzeźwy. Wstaje bardzo wcześnie, kiedy budzi się Praga, menel, już przetrzeźwiały, gniecie butem puszki, a młoda kobieta pociąga zaschniętym tuszem zaspane rzęsy, zakłada plastikowe szpilki, wystukuje obcasami rytm zbyt wczesnego poranka. Za każdym razem, kiedy nie mogę spać, nasłuchuję i zastanawiam się, po co o 5:30 rano zakładać niewygodne buty. On też wstaje o tej porze. Ziewa, śmierdzi mu z ust. Kiełbasę z cebulą popija słodką herbatą. Wychodzi do roboty, wraca, ogląda telewizję i zasypia w fotelu. Prawdopodobnie z nadpalonym papierosem, który w odpowiednim momencie żona wyjmuje spomiędzy jego pożółkłych palców. Zanim utopi niedopałek w popielniczce pełnej petów, pospiesznie zaciąga się kilkukrotnie.
  
W piątek przychodzą znajomi. Zasuszone kobiety i okrągli mężczyźni. Piją wódkę, nie wiedzą, skąd się znają, rzadko przypominają sobie swoje imiona. Wydają dużo dźwięków, nigdy nie rozmawiają. Kolejne słoiki i puszki przerabiają na popielniczki. Jego żona w kącie, na niewygodnym taborecie upija się po cichu. Wie, że musi rano wstać, utłuc mięso na kotlety, obrać ziemniaki, włączyć odkurzacz Predom Zelmer. Brzmi prawie jak freedomwolność. Zna to słowo. Usłyszała je kiedyś w jakimś Voice of TV i zapamiętała, bo skojarzyło jej się właśnie z odkurzaczem, który dostali w prezencie ślubnym, w 78 roku, kiedy miała 17 lat, brzuch pełen nadziei i sukienkę z firanki. Więc wstaje w sobotę rano, pociąga łyk z opróżnionej w jednej trzeciej butelki i idzie w leginsach w panterkę, w różowym podkoszulku z cekinami, w klapakach ozdobionych resztkami brylantów do Biedronki, po ten schab i po piwo dla niego. Na rano, żeby tak bardzo nie krzyczał, a przynajmniej nie na nią. Stara się zdążyć, zanim sąsiad spod czwórki włączy „Ona tu jest i tańczy dla mnie” albo „Cziki cziki czikita, jeśli masz ochotę, daj mi jakiś znak”. Codziennie ta sama niewysłuchana modlitwa. Kobieta wraca, podaje puszkę, wrzuca na rozgrzany olej grubo pokrojoną cebulę, kroi mięso, wbija jajka, wyjmuje z worka cztery kromki polskiego domowego powszedniego, jadą ręką tłucze kotlety, drugą miesza na patelni przysmażone białka z resztkami teflonu. Przecież się stara. Robi wszystko, żeby tak głośno nie wrzeszczał, żeby sąsiedzi nie słyszeli, bo przecież to dobry dom, żona poczciwa, mąż pracuje, pieniądze przynosi, pije tylko w łykendy i na wesoło albo zasypia kulturalnie. Kto by pomyślał, pani kochana! Normalna rodzina! Nigdy niczego nie słyszałam. Nawet telewizor taki płaski kupili na święta. A bachory w tym wieku jakie są, to każdy wie. Dyscypliny potrzeba, krótkiego trzymania. Klapsa czasem dał, pewnie, w końcu dobrym ojcem był, co nie? Białka za wolno się ścinają, a on lubi wysmażone, przyrumienione. I chleb ze smalcem żeby był do tego. Za wolno. Opróżnia trzecią puszkę, już siedzi na skraju wersalki, drapie się, przeciąga, mlaska.

– Mongoły, pierdolone! Mongoły w dupę jebane! Wszystko przez te Mongoły! Zajebały, rozkradły, kurwa!

Budzi mnie ten krzyk, wyrywa ze snu o wojnie na Ukrainie, o dżihadzie i tęsknocie. Nigdy nie widziałam Mongoła. On pewnie też nie. Zastanawiam się, jak można tak nienawidzić.