Pokazywanie postów oznaczonych etykietą w pracy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą w pracy. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 stycznia 2014

Nazywam się Milijon!

Ogłoszenie parafialne: prezes pewnej firmy za bardzo utożsamił się z bohaterem poniższego wpisu i przez to ucierpiały osoby trzecie niesłusznie oskarżone o autorstwo. Dlatego post musiał na chwilę zniknąć. Przykre to, że osoby zawodowo zajmujące się literaturą nie potrafią odróżnić fikcji od rzeczywistości. Dziękuję, do wiedzenia, pozdrawiam. Autor(ka)


Redakcja literacka dzisiaj zrobiła zebranie. Spowodowała zebranie. Z Zarządem, w Konferencyjnej (zawsze wielką literą). Firmy, w których pracuję tak mają, że są na skraju upadku. Czasem się zastanawiam czy to wynika z mojej obecności (lubię tę wersję, czuję się trochę boska, kiedy tak myślę), czy z tego, że pracuję w branży, która z natury upada, jest na granicy. Od Gutenberga mniej więcej.

– Zwolnić ich wszystkich! – powiedział Prezes, kiedy się dowiedział, że to niedobre jest, żeby nie płacić współpracownikom za pracę, którą wykonali i że niefajnie jest się cieszyć, balować w Wilanowie, kiedy inni muszą przez pół roku się dopominać, upominać, domagać, błagać o swoje. Oburzył się Prezes, że wolimy śledzia zamienić na pensje dla korektorek. Że niezbyt dobrze znamy korporacyjne zwyczaje, że nasze twarze nie przywykły do uprzejmego uśmiechu. – Miliony są! Miliony w stokach! Trzeba tylko to zamienić na cash, wiecie Państwo, case by case, książką Empik zatowarować! Produkt pod klienta robić, a nie tak sobie wydawać coś, co się wydaje dobre. Kupić muszą chcieć. Who knows co się klientom spodoba. Produkt trzeba pod klientów zrobić, filozofię zmienić!

Długo mówił w kaloryferowej duchocie, że firmy tak mają, to całkowicie normalne, w grudniu nie ma pieniędzy, wzrost był, sprzedaż, wskaźniki. Trochę się przeliczyliśmy, estymacja kiepska, ale należy przepraszać, nie kierować do Zarządu, bo Zarząd nic nie może, pieniędzy nie wyczaruje, jak nie ma, to nie ma, a gorzkich żali słuchał nie będzie. Przepraszać i obiecywać, że za miesiąc, datę podać. Zarząd, proszę Państwa, nic nie może. Proszę Państwa, nie wyczaruje. Rynek taki jest, że klient musi kupić. Jak nie kupi, to nie ma. Czy to jest jasne? Jakieś pytania?

Tak. Jedno. Niezadane.

                                                             

wtorek, 26 czerwca 2012

asertywność


Pewnego dnia zorientowałam się, że przychodzi na moje piętro częściej niż inni ludzie z jej działu. Najpierw myślałam, że ma dużo spraw do załatwienia, potem – że jest po prostu miła. Przechodząc, zawsze mnie zagadywała o pogodę, o rower, o jakąś drobnostkę. Stawała przy tym o pół korku za blisko, tak, że wdziała monitor mojego komputera, czego bardzo nie lubię. I o sekundę za długo patrzyła mi w oczy. 

Firma, w której pracuję, postanowiła urządzić piknik integracyjny na boisku pobliskiej szkoły. Mieliśmy się przebrać w stroje rodem z PRL-u, rozegrać mecz piłki nożnej, skakać w workach na czas, jeść kiełbaski z musztardą i pić kiepskie piwo. Panie, z którymi pracuję, tego dnia były bardzo ożywione. Pokazywały sobie ciasta upieczone na Konkurs Ciast, wymieniały się gadżetami z minionej epoki, podziwiały swoje przebrania. Nie zauważyłam, żeby różniły się od tego, co noszą na co dzień, ale być może nie znam się modzie. Miałam wrażenie, że szykuje się impreza życia. Ich życia.

Piknik rozpoczął się ulewą. Mecz zakończył się remisem, do skoków w workach nie było chętnych, kiełbaski się spaliły, a bakłażan był surowy w środku. Liczyłam przynajmniej na Konkurs Ciast. Niestety wypieków było za mało i każdy dostawał przydzielony kawałek, na który musiał oddać swój głos. Zmarznięta wróciłam do biurka. Cieszyłam się tym, że mogę pracować z kubkiem ciepłego tyskacza pod ręką. Lepszy rydz i tak dalej.

W pewnej chwili zjawiła się ona. Stanęła o krok bliżej niż zazwyczaj, spojrzała mi w oczy jeszcze głębiej. Poczułam jak dotyka ramieniem mojego ramienia.
– Dasz mi swój numer telefonu?  – zapytała.
– Jasne, 5670.
– Ale nie, ten prywatny…
Zapisałam na różowej karteczce.
– Piszesz piórem?  
– Tak, ale tylko ważne rzeczy. 

Tuż przed 17:00, kiedy zbierałam się do wyjścia, dostałam esemesa z pytaniem, czy mam ochotę. Chwilę później nad miską pseudochińskiej zupy opowiadała o tym, jak bardzo nie lubi swojej pracy, swojego narzeczonego i jak długo nie chciała uwierzyć, że mogła jej się spodobać dziewczyna. Potem zapytała, czy chciałabym gdzieś z nią pójść w piątek wieczorem. Nie chciałam. To nie z nią powinnam jeść tę zupę. Wyszłam, myśląc o tym, jak to dobrze, że się odważyła i jak dobrze, że się nie zgodziłam.

piątek, 13 kwietnia 2012

8 marca

Firma, w której pracuję od niedawna, zorganizowała loterię z okazji Dnia Kobiet. Można było wylosować różne Bardzo Praktyczne Rzeczy, np. narożną półkę ścienną, dwumetrowy kwietnik lub stolik w kształcie słonia. Speszona sytuacją wyciągnęłam los i ustawiłam się w kolejce po odbiór prezentu. Dostałam coś metalowego; podłużną puszkę z dziurkami do zamocowania jej na ścianie. Po cichu przyznałam się A., koleżance z pokoju, że nie mam pojęcia do czego to służy. Odpowiedziała, krzycząc:
– Jak to! Przecież to jest pojemnik na waciki do mycia twarzy!
– Nie używam wacików – przyznałam się jeszcze bardziej speszona.
– To czym się myjesz?! – zapytała A.
– Wodą... – zawstydziłam się. 
– Ile ty masz lat?! W twoim wieku nie powinno się już myć twarzy wodą!
Było mi przykro, bo poczułam się mało kobieca i stara. W Dzień Kobiet.