Nade mną mieszka kobieta, która krzyczy. Pierwszej nocy pragnęłam
wykazać się miłosierdziem. Dobrym człowiekiem być, się czuć, pomoc społeczną zawiadomić.
Może nawet z synem tej pani pogadać, że to niehumanitarne, że matka przyrasta
do łóżka i cierpi. Albo straż miejską wezwać. Może pomogą drzwi sforsować,
cierpienie złagodzić, albo chociaż jęki wyciem karetki uciszyć. Drugiej nocy
wspinałam się na szczyt empatii, chciałam zrozumieć, jak się czuje ktoś, kto
nie może wstać z łóżka. Być może Mariola faktycznie jest w kuchni albo w drugim
pokoju i nie słyszy wołania? Może trzeba jeszcze głośniej, jeszcze wytrwalej,
aż do piątej nad ranem? A może nie chce słyszeć? Albo nie żyje? Może umarła w
tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym siódmym, ale kobieta z piątego piętra
(mieszkam na czwarty) jeszcze się nie zorientowała? Bo leży w łóżku od
osiemdziesiątego trzeciego i trochę jej się lata mylą? Miesza się czas teraźniejszy z przeszłym. To normalne kiedy jest się zależnym.
Trzeciej nocy miłosierdzie i empatia wysiadają. Marzę o tym, żeby już umarła. Żeby
z krótkiego, przerwanego snu nie wyrywał mnie krzyk zza ściany: boże, boże,
niech się ktoś zlituje! Wyobrażam sobie,
że wyważam drzwi i włamuję się tam po to, żeby roztrzaskać jej głowę siekierą
(nie mamy w domu siekiery). Nie potrafię wykrzesać z siebie współczucia, ani
dobrej woli. Chcę spać.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą babcia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą babcia. Pokaż wszystkie posty
środa, 19 lutego 2014
na puszczy
Etykiety:
babcia,
bezsenność,
ból,
choroba,
ciało,
cisza,
dusza,
kurczenie (się),
roślina,
sen,
smutek,
śmierć,
ważne rzeczy,
wolność,
wycie,
zimno,
złość
wtorek, 21 maja 2013
gwóźdź
– Jest jedna rzecz, której nigdy nie
możesz mi zrobić. – powiedziałam do P. na samym początku. –
To jest coś, co sprawia, że tracę nad sobą kontrolę; czuję się
wtedy naga i bezsilna, a poczucie bezsilności budzi we mnie agresję.
Bo to było tak: miałam wtedy sześć, może siedem lat.
Mieszkaliśmy w Lublinie, na pewno jeden z moich młodszych braci już
był na świecie. Drugi mógł się jeszcze nie urodzić albo był
tak mały, że nieistotny. Bardzo często przyjeżdżaliśmy w
odwiedziny do Czwartej Babci, u której w dużej mierze się
wychowywałam. W przedpokoju szeregowego domu babci i dziadka była
boazeria. Pamiętam ją bardzo dobrze, bo kiedy byłam zła albo
chciałam być złośliwa, wydłubywałam z niej malutkie gwoździe.
Czasem też wpychałam sęki do środka. Robiły się dziury, których
babcia nie znosiła. Była na mnie wściekła, ale nie chciała tego
okazać. Mówiła coś w stylu: „Dziecko, co ty robisz! Idź się
pobawić!” i wracała do szykowania jedzenia. A ja szłam do innego
zakamarka domu i próbowałam wymyślić kolejną zabawę, która tak
bardzo ją zdenerwuje, że będzie musiała na mnie krzyknąć, że
być może się nie pohamuje i trzaśnie mnie ścierką przez łeb.
Wiedziałam, że nigdy nic mi nie zrobi. Nie znosiłam tej
nieuczciwości, w której zło nie było karane, tej pokornej miłości
podszytej współczuciem i rozczarowaniem, troski podyktowanej
obowiązkiem. Któregoś dnia, kiedy siedziałam w kącie i
wydłubywałam gwoździk, padł rozkaz, że wszyscy jako rodzina
idziemy do kościoła. Zbaraniałam. Nigdy nigdzie nie chodziliśmy
jako rodzina, a tym bardziej nie do kościoła. M. zawsze powtarzała,
że popełniła najcięższy grzech złamania przysięgi i nie może
tam chodzić (przyjęłam to ze zrozumieniem, bo wydawało mi się
oczywiste, że rozwód z moim ojcem jest najcięższym grzechem,
którego nigdy – byłam wtedy tego pewna – jej nie wybaczę).
Stałam tyłem do ściany pokrytej boazerią i próbowałam pytać,
tłumaczyć, potem krzyczeć, że nie chodzimy do kościoła, że nie
mogą mówić, że coś muszę, skoro wcale nie muszę, bo tego nie
robiłam do tej pory, że nie mogą mnie zmuszać do pójścia, że
jak nie przestaną, to zadzwonię do taty i powiem mu, że mnie
zmuszają, a on przecież tyle razy powtarzał, że Kościół to
bzdura, że chodzą tam durni ludzie, a ja nie chcę być durna. I że
nie można mi mówić, co mam robić. A oni, z babcią na czele,
tylko: „Ubieraj się, zaraz wychodzimy” i „Skończ już z tym
gadaniem”. Wbijałam sobie gwoździk coraz głębiej pod paznokieć,
coraz bardziej łzy zalewały mi gardło, coraz bardziej czułam się
rozhisteryzowanym dzieckiem. W pewnym momencie babcia podeszła,
chwyciła mnie za łokieć, wykrzywiła twarz i, naśladując moje
łkanie, wydała z siebie dźwięk, który brzmiał mniej więcej jak
„nenene-nenene”. Wyszarpnęłam się z jej uścisku, krzyknęłam,
że tak nie można i poczułam, jak moja zaciśnięta pięść
ześlizguje się po jej delikatnym, miękkim, przypudrowanym
policzku.
Uciekłam przestraszona do łazienki,
zamknęłam się od środka i siedziałam tam dość długo. Nie
poszłam do kościoła. Już nigdy nikt mnie do tego nie zmuszał.
Czwarta Babcia nadal czasem mnie przedrzeźnia (nauczyłam się walić w ścianę, nie w nią), M. nadal nigdy nie staje w mojej
obronie, a boazeria została niedługo po tym wydarzeniu zdjęta ze
ścian. Przez pewien czas myślałam, że to z powodu pobicia babci
lub powyciąganych gwoździ, ale potem się okazało, że po prostu
była brzydka. A ja nadal nie umiem się powstrzymać, kiedy ktoś
mnie przedrzeźnia. P. wie coś na ten temat.
![]() | |
| rys. Marta Zabłocka |
czwartek, 7 marca 2013
czwarta babcia
Jak zwykle po świętach, po imieninach, po urodzinach lub po
innej rocznicy, o której nie pamiętałam, M. zapytała: – Dzwoniłaś do babci?
Mam jedną babcię. Kiedyś miałam cztery, co było powodem do
dumy na podwórku i przyczyną udręczenia
w domu. Bo jak cztery babcie, to cztery laurki na Dzień Babci, cztery razy
więcej dat do zapomnienia, cztery razy więcej nachalnej troski i wcale nie
cztery razy więcej prezentów na urodziny, bo jedna z babć była schizofreniczką,
druga, ta ulubiona, wychodziła na brydża akurat tego dnia, kiedy
postanowiliśmy ją odwiedzić lub po prostu zapominała o moim istnieniu. Lubiłam ją, bo nie kazała
mi jeść, nie interesowała się moją czapką i pozwalała do późna oglądać filmy.
Szybko umarła, więc nie zdążyłam jej bliżej poznać. Trzecia babcia nigdy się nie
liczyła. Była mamą mojego ojczyma i nazywałam ją babcią tylko przez krótki czas, żeby zadowolić M. Czwarta bardzo mnie kochała. Miłość okazywała chlebem z szynką.
Kiedy byłam mała i ciągle chorowałam, a moi rodzice byli zajęci
najpierw doktoratami, potem rozwodem, brała bezpłatny urlop, żeby ze mną
siedzieć. Codziennie gotowała dwa obiady, jeden z nich specjalnie dla
mnie, obrzydliwy i bez smaku, z porządną
porcją mięsa. Pilnowała, żeby się nie spociła, nie chodziła boso, myła ręce
przed każdym posiłkiem i nie biegała. Często się upewniała, czy wiem, że bardziej
powinnam kochać mamę i czy pamiętam "dziecko, jaki ten twój ojciec jest". A
przede wszystkim dbała, żebym nie dostała anemii. Bo anemia to najgorsze, co
się może przydarzyć dziecku. Im byłam starsza, tym bardziej jej nie lubiłam.
Początkowo skrycie, potem coraz bardziej otwarcie robiłam jej na przekór - kiedy
odwróciła wzrok, zdejmowałam buty i wbiegałam boso do największej kałuży
albo wrzucałam kotlet za szafkę w kuchni. Miałam sześć lat kiedy nie
wytrzymałam i ją pobiłam.
– Dzwoniłaś do babci?
– Nie dzwoniłam. Wiesz, że nigdy nie dzwonię. Nie lubię z nią rozmawiać.
Zawsze mnie pyta, dlaczego nie dzwonię. Poza tym za każdym razem płacze,
a ja mam poczucie winy z tego powodu.
– Ona cię tak bardzo kocha...
– Wolałabym, żeby mnie mniej kochała, a bardziej szanowała.
M. jak zwykle się obraziła.
Po kilku dniach się złamałam i zadzwoniłam.
– Cześć babciu – po drugiej stronie słuchawki odpowiedziało mi pochlipywanie i pociąganie nosem. – Dlaczego płaczesz?
– Dlaczego do mnie nie dzwonisz, dziecko? Ja cię tak bardzo kocham!
– Teraz dzwonię...
– Codziennie się za ciebie modlę, żebyś była szczęśliwa.
– Jestem szczęśliwa, babciu.
– Oj co ty wygadujesz, dziecko! Nie musisz nikogo oszukiwać. Modlę się, żebyś była naprawdę szczęśliwa.
– Jestem naprawdę... – powiedziałam cicho chwilę po tym, jak nacisnęłam czerwony przycisk.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
