Pokazywanie postów oznaczonych etykietą scenka rodzajowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą scenka rodzajowa. Pokaż wszystkie posty

środa, 27 marca 2013

pomieszało się

– Opowiem Ci mój sen – powiedziała B. w kawiarni. Siedziała naprzeciwko mnie, tyłem do sali.
B. jest moim świadkiem. Spotykamy się rzadko, ale regularnie i zawsze z niewzruszonym zrozumieniem przyjmuje kolejne rewelacje, opowieści i zmiany w moim życiu.
– Śniło mi się, że chodziłam po Neue Nationalgalerie. Początkowo nie do końca rozpoznałam to miejsce, było mgliste i zamazane, ale po chwili się zorientowałam. "O nie, to Berlin" pomyślałam.
– Nie znoszę Niemców! – wtrąciłam. – Teraz nawet jeszcze bardziej, odkąd mnie wyrzucili z pracy.
– Ja też nie lubię. Berlin jest niedomyty. Stara, i ten język niemiecki, na samo wspomnienie przechodzą mnie ciarki. I ten typ urody! Stwierdziłam, że skoro już tam jestem, pójdę obejrzeć obrazy Barnetta Newmana. Szłam w ich stronę, zamyśliłam się i nagle wpadłam na Davida Bowiego otoczonego tłumem ludzi. Każdy chciał sobie zrobić z nim zdjęcie. Pomyślałam, że to jest potwornie przykre i upierdliwe. Zero prywatności. I że dobrze się trzyma.
– Tak, też mi zawsze szkoda tych celebrytów, którzy nie mogą anonimowo przejść ulicą. Wszyscy się na nich gapią... – zawiesiłam głos i zapatrzyłam się w głąb sali na dziewczynę z wielkim ptasim piórem wytatuowanym na przedramieniu.
– Kto ci się tam podoba? – zapytała B.
– Jak to?! Skąd wiesz? – roześmiałam się nerwowo.
– Poczekaj – odwróciła się dyskretnie. – A, już wiem. No więc David Bowie podszedł do mnie i zapytał, czy może sobie zrobić ze mną zdjęcie.

sobota, 17 listopada 2012

anamneza



– Ciąża? 
– Jedna.
– Poród?
– Zero.
– Kiedy?
– Dawno.
– Antykoncepcja hormonalna?
– Nigdy.
– Chce pani?
– Nie.
– Stały partner?
– Jeśli już to partnerka, partnerki. Niestałe. Rzadko.
– Przewlekłe choroby?
– Żadnych.
– Nuda, co?
– Tak, nuda. 

poniedziałek, 15 października 2012

true blood

O pierwszej w nocy wyrywał mnie z wieczornego półsnu nad książką, wyciągnął z kieliszka z winem i powiedział:

– Bank chce ode mnie kolejnego tysiąca do raty kredytu. Postanowiłem pożegnać się z tym światem. Myślę, jak to zrobić, żeby wyglądało na wypadek. Wszystko jest na Ciebie zapisane. Idź już. No idź! 

Przez resztę nocy obmyślałam plan pogrzebu. W telefonie zrobiłam listę osób, do których muszę zadzwonić. Nie była długa. Zastanawiam się nad kolorem i wzorem urny. Przejrzałam ofertę domów pogrzebowych: paskudne, zdobione naczynia, najczęściej marmurowe lub metalowe albo drewniane na wysoki połysk. Wszystkie w stylu meblościanki. Zastawiałam się, czy mogłabym wykorzystać jago kubek z jeleniem, o który mi kiedyś zrobił karczemną awanturę, bo myślał, że go zbiłam i nie chcę się przyznać. Znalazłam potem ten kubek na balkonie, z resztkami niedopitej kawy. Nic nie powiedziałam. Umyłam, odstawiłam na miejsce. Albo mogłabym go pochować w butelce po czerwonym winie. Spodobał mi się ten pomysł. Pieczołowicie zdarłabym etykietę, wsypałabym jego prochy i zatkałabym korkiem. List w butelce i dżin w lampie. Dobierałam w myślach czarne spodnie do czarnych butów, skórzaną kurtkę do przekrwionych oczu. Obliczałam, ile butelek alkoholu musiałabym kupić na stypę, a oczyma wyobraźni widziałam kobiety w szpilkach na jego lakierowanej podłodze, plamę z wina na jego ukochanym fotelu, ślady dziecięcych dłoni na jego szybach. Słyszałam Nohavicę, którego uparcie włączaliby jego znajomi, i czułam swoją dezorientację.  

Noc przestawia umysł. Rano wiedziałam, że pogrzebu nie będzie, że nie przyjdzie dwóch policjantów ze złą nowiną, nie będę musiała dzwonić, ani tłumaczyć, dlaczego bez księdza i nie w kościele. Nic takiego się nie wydarzy. Chodziło tylko o cień lęku w moich oczach, o nieprzespaną noc, o jego nadzieję na mój strach. O teatr. Miałam podkrążone oczy. Kupiłam jednodniowy sok pomidorowy. Smakował jak krew.

– O, jednak żyjesz – powiedziałam na przywitanie, kiedy wieczorem weszłam do domu i zobaczyłam go pogrążonego w ciemności i w myślach, zatopionego w fotelu.

poniedziałek, 3 września 2012

Mademoiselle, poczekajmy na te pedały!


Zaprosiłam ich na wino z kolacją. Do domu kotów, którymi się opiekowałam pod nieobecność właścicieli.
Upiekłam tratę cytrynową, a Mademoiselle ciasto łososiowe. Plu zrobił nam pizzę. Taką, jaką piekła moja babcia, jak byłam mała: pachnącą drożdżami, z dużą ilością sera. Karo kroiła pieczarki, paprykę, która okazała się być w ciąży, i pomidory własnoręcznie ususzone przez Plu. Gniew tarł ser. Ja co chwilę wyciągałam z szafek różne potrzebne sprzęty. Wieczór rozkręcał się powoli, było ciepło i pachniało jedzeniem.

Kiedy pizzo-zapiekanka wylądowała w piekarniku, po krótkim zamieszaniu z krzesłami, których było mniej niż nas (Gniew nie chciał, żebym stała, bo jestem kobietą, ja nie chciałam, żeby goście stali, kiedy ja siedzę, więc przyniosłam krzesło dla Szumona), usiedliśmy wokół okrągłego stołu. Rozmowa snuła się leniwie, żarty błyskały albo spalały na panewce, pizza coraz bardziej pachniała.
– Nie ma polskich określeń na techniki seksualne.
– A pięszczenie czyli fisting?
– A to bardzo ładne! – powiedział Szumon swoim zwyczajem. 

Potem Karo pokazała mi swoją ranę na stopie.Już zdążyła się zrosnąć i prawie zupełnie wygoić, ale blizna będzie (zapewniał Plu).
– Mogę dotknąć? – zapytałam cicho.
– Możesz – opowiedziała Karo, ale jej nie uwierzyłam. Spojrzałam na Plu. Dopiero kiedy skinął przyzwalająco głową, dotknęłam. I opowiedziałam o gwoździu w stopie.

Jak byłam mała, Mama wysłała mnie na kolonie do Suśca. To były pierwsze i jedyne kolnie w moim życiu. Miały trwać trzy tygodnie, ale wytrzymałam tylko tydzień. Nie rozumiałam, dlaczego nie mogę trzymać swoich ubrań w walizce (szafa wydawała mi się brudna i śmierdząca), dlaczego muszę brać udział w głupich grach i zabawach, co jest śmiesznego w podrzucaniu koleżankom żab do łóżka i dlaczego pielęgniarka przyszła zapytać jak się czuję, kiedy po prostu chciałam spędzić popołudnie sama w pokoju. Któregoś dnia poszliśmy kąpać się do pobliskiego stawu. Nie bardzo lubię wchodzić do słodkiej wody. Boję się pijawek i smrodu. Ale weszłam, bo wszyscy, bo upał. Jak tylko się zanurzyłam, poczułam ukłucie. Woda wokół mojej stopy zrobiła się cieplejsza. Wiedziałam już, że coś jest nie tak. Podniosłam nogę tak, żebym mogła zobaczyć, co się stało, ale nie wynurzyłam jej na wszelki wypadek; żeby nikt inny nie mógł zobaczyć. Z grzbietu stopy sterczał zardzewiały gwóźdź, przy podeszwie znajdowała się stara deska, w którą ów gwóźdź był wbity. Krew tworzyła w wodzie bardzo ładne smugi. Próbowałam iść w stronę brzegu z tą deską, ale bolało, więc wyciągnęłam gwóźdź, szarpiąc za drewno. Podbiegłam do sowich rzeczy, uważając, żeby nikt niczego nie zauważył. Chwyciłam białą koszulkę, schowałam się za krzakiem i tak długo przyciskałam materiał do rany, aż krew przestała lecieć. Po tym zdarzeniu postanowiłam nie wychodzić z kolonijnego łóżka, aż ktoś mnie stamtąd nie zabierze. Mama przyjechała po dwóch dniach.
– To jezusowa opowieść! – skomentował Szumon.


– A te ryby to są magnesowe? – zapytał Plu, wskazując na kaloryfer.
– Tak, magnesowe i drewniane. Drewniana ryba piła – odpowiedziałam.
Otwieraliśmy kolejne butelki, opowiadaliśmy kolejne historie, coraz głośniej i coraz bardziej bez sensu. Potem chwilę tańczyliśmy i nadszedł czas pożegnania. Zrobiło mi się smutno, że zostanę sama w pustym domu.
– To chodźmy na dyskotekę!
– Pójdziemy na podryw? – upewniłam się.

I poszliśmy do taksówki. Karo z Plu pojechali inną, w swoją stronę. Staliśmy przez jakiś czas pod klubem z Szumonem i Gniewkiem, czekając na Mademoiselle, która poszła szukać bankomatu. Nie znalazła, ale w tym czasie mogliśmy zaobserwować prawdziwą lesdramę: jedna wybiegła, płacząc, a druga ją goniła, krzycząc, że nie będzie goniła. Gdy Mademoiselle wróciła na tarczy, zaproponowałam, żebyśmy poszli pod Lunę, tam na pewno jest bankomat. Szliśmy przyjemnie pijani, rozhuśtani nocą, trochę się śpieszyliśmy, a oni się ociągali, całowali.
– Mademoiselle, poczekajmy na te pedały!

Rano, kiedy obudziłam się bardzo poszkodowana tym winem i tymi tańcami, doczołgałam do łazienki, zobaczyłam, że ktoś każdej butelce z szamponem, mydłem, odżywką do włosów przyporządkował jedno plastikowe zwierzątko. Zrobiło mi się lepiej.

wtorek, 26 czerwca 2012

asertywność


Pewnego dnia zorientowałam się, że przychodzi na moje piętro częściej niż inni ludzie z jej działu. Najpierw myślałam, że ma dużo spraw do załatwienia, potem – że jest po prostu miła. Przechodząc, zawsze mnie zagadywała o pogodę, o rower, o jakąś drobnostkę. Stawała przy tym o pół korku za blisko, tak, że wdziała monitor mojego komputera, czego bardzo nie lubię. I o sekundę za długo patrzyła mi w oczy. 

Firma, w której pracuję, postanowiła urządzić piknik integracyjny na boisku pobliskiej szkoły. Mieliśmy się przebrać w stroje rodem z PRL-u, rozegrać mecz piłki nożnej, skakać w workach na czas, jeść kiełbaski z musztardą i pić kiepskie piwo. Panie, z którymi pracuję, tego dnia były bardzo ożywione. Pokazywały sobie ciasta upieczone na Konkurs Ciast, wymieniały się gadżetami z minionej epoki, podziwiały swoje przebrania. Nie zauważyłam, żeby różniły się od tego, co noszą na co dzień, ale być może nie znam się modzie. Miałam wrażenie, że szykuje się impreza życia. Ich życia.

Piknik rozpoczął się ulewą. Mecz zakończył się remisem, do skoków w workach nie było chętnych, kiełbaski się spaliły, a bakłażan był surowy w środku. Liczyłam przynajmniej na Konkurs Ciast. Niestety wypieków było za mało i każdy dostawał przydzielony kawałek, na który musiał oddać swój głos. Zmarznięta wróciłam do biurka. Cieszyłam się tym, że mogę pracować z kubkiem ciepłego tyskacza pod ręką. Lepszy rydz i tak dalej.

W pewnej chwili zjawiła się ona. Stanęła o krok bliżej niż zazwyczaj, spojrzała mi w oczy jeszcze głębiej. Poczułam jak dotyka ramieniem mojego ramienia.
– Dasz mi swój numer telefonu?  – zapytała.
– Jasne, 5670.
– Ale nie, ten prywatny…
Zapisałam na różowej karteczce.
– Piszesz piórem?  
– Tak, ale tylko ważne rzeczy. 

Tuż przed 17:00, kiedy zbierałam się do wyjścia, dostałam esemesa z pytaniem, czy mam ochotę. Chwilę później nad miską pseudochińskiej zupy opowiadała o tym, jak bardzo nie lubi swojej pracy, swojego narzeczonego i jak długo nie chciała uwierzyć, że mogła jej się spodobać dziewczyna. Potem zapytała, czy chciałabym gdzieś z nią pójść w piątek wieczorem. Nie chciałam. To nie z nią powinnam jeść tę zupę. Wyszłam, myśląc o tym, jak to dobrze, że się odważyła i jak dobrze, że się nie zgodziłam.

środa, 30 maja 2012

różnice charakterów

O 4:30 wyszłyśmy z klubu G. Dzień nas spoliczkował. Namówiłam ją, żebyśmy poszły piechotą, bo słońce takie różowe, powietrze świeże, ulice puste i ciche. Była zbyt zmęczona, żeby protestować. Szłyśmy powoli, trzymałyśmy się za ręce, a miasto się budziło. Park buzował, starszy pan zamiatał ulicę, inny palił papierosa oparty o przystanek. Autobusy były pełne zaspanych ludzi. Wyglądały jak dawno niesprzątane akwaria, w których walczą o życie półśnięte ryby.  Chciałam usiąść na krawężniku, pić kawę z papierowego kubka, jeść bułkę i gapić się na miasto. Być w mieście.
– Spać mi się chce – zbywała każdy mój wyraz zachwytu.
– Ale zobacz, słońce wschodzi nad Trasą Łazienkowską!
– Spać...
– A ci ludzie na rowerach! Cudownie, że im się chce o tej porze!
– Spać i zimno...
– Nie jest zimno. Powietrze pachnie rosą.
– Może wsiądziemy do autobusu?
Odprowadziłam ją pod dom. Już nie trzymałyśmy się za ręce. Pożegnałyśmy się chłodno. Pojechałam, zachwycona, do domu okrężną drogą.

środa, 2 maja 2012

homoseksualna propaganda*

Wychodzimy z klubu Pow. Obejmuję ją, rozmawiamy, śmiejemy się odrobinę za głośno. Ciągniemy za sobą pijane rowery. Miasto wrze nocą. Dochodzimy do bramy, w której stoją dwaj mężczyźni. Na oko dwudziestokilkuletni, w dresach, tacy, których nie chce się spotykać w ogóle, a tym bardziej w obsikanym, ciemnym zaułku. Ale jest noc, szumi nam w głowach, nie myślimy o konsekwencjach. Całujemy się w tej bramie, mijając ich. Za naszymi plecami jeden rzuca do drugiego:
- Skoro one mogą, to teraz chyba nasza kolej.

* Tytuł posta jest zaczerpnięty od Karo/Lotte/jesieni. http://www.karo.iwasz.pl/blog/?tag=homoseksualna-propaganda

piątek, 13 kwietnia 2012

8 marca

Firma, w której pracuję od niedawna, zorganizowała loterię z okazji Dnia Kobiet. Można było wylosować różne Bardzo Praktyczne Rzeczy, np. narożną półkę ścienną, dwumetrowy kwietnik lub stolik w kształcie słonia. Speszona sytuacją wyciągnęłam los i ustawiłam się w kolejce po odbiór prezentu. Dostałam coś metalowego; podłużną puszkę z dziurkami do zamocowania jej na ścianie. Po cichu przyznałam się A., koleżance z pokoju, że nie mam pojęcia do czego to służy. Odpowiedziała, krzycząc:
– Jak to! Przecież to jest pojemnik na waciki do mycia twarzy!
– Nie używam wacików – przyznałam się jeszcze bardziej speszona.
– To czym się myjesz?! – zapytała A.
– Wodą... – zawstydziłam się. 
– Ile ty masz lat?! W twoim wieku nie powinno się już myć twarzy wodą!
Było mi przykro, bo poczułam się mało kobieca i stara. W Dzień Kobiet.

podwieźć cię?

Szłam do pracy smutna i zmarznięta. Zaproponowała, że mnie podwiezie. Patrzyłam, jak prowadzi samochód i jednocześnie próbuje się malować. Zrobiło mi się przyjemnie. Potem opowiadała o swoim guzie mózgu.

środa, 11 kwietnia 2012

urzekła mnie twoja sowa

Wczoraj podszedł do mnie bezdomny pan. Myślę, że miał więcej niż 70 lat. Jak zwykle czytałam, nie zwracałam uwagi na to, co się dzieje wokół mnie. Wyrósł mi nagle przed nosem i powiedział, patrząc na mój pierścionek z sową: "Urzekła mnie ta sowa! Dziękuję, że dzięki pani zobaczyłem dziś coś miłego. Życzę pani szczęścia i mądrości." Uchylił kapelusza i odszedł uśmiechnięty.