Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ona. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ona. Pokaż wszystkie posty

sobota, 13 stycznia 2018

impreza

W tym roku skończę trzydzieści trzy lata, niepodległość sto, a nasz związek pięć. Ta gra nigdy mi się nie znudzi.
Wracam do domu. Niesie mnie wino, dochodzi północ. Chciałam jeszcze pójść w noc, w miasto, ale ona mówi, że sen, zmęczenie, trochę jej się nie chce. Dochodzę do bramy, już mam wpisywać kod, prawie czuję zapach pościeli rozgrzanej jej ciałem. Dzwoni.
– Gdzie jesteś?
– Na imprezie.
– A, to spoko. Myślałam, że się poślizgnęłaś.
– Na parkiecie?
– Na chodniku!
– Chyba na czerwonym dywanie.
Rozłączam się. Jeszcze trzy piętra, szczęk klucza, miauk kota. Zdejmuję ubranie w przedpokoju. Jej sen pachnie biszkoptami. 

środa, 19 marca 2014

Apocalypse. Now!



Rano w tramwaju dziewczyna w niebieskim szaliku niechlujnie żuje gumę. Nadmuchuje balon. Patrzę przez okno. Samochód nie zdążył zahamować, wjeżdża w tłum ludzi, którym nie chciało się poczekać, aż czerwone zmieni się w zielone. Okulary spadają, pomarańcze się rozsypują, wiat porywa apaszkę. Tuż za rondem ciężarówka wbija się w tył autobusu. Blacha gnie się jak liście sałaty, szyby wybuchają milionem brylantów, opony malują na asfalcie secesyjne wzory. Most wali się pod ciężarem pociągu, który jak bezwładna gąsienica zsuwa się do rzeki. Ostatkiem sił próbuje utrzymać się na skrawku śliskiego toru, podciągnąć na zerwanej sieci trakcyjnej. Nic z tego. Wszyscy zginą. Pęka balustrada na moście. Przyczepione do niej kłódki, znaki wiernej nieskończonej miłości, lecą do brudnej wody jak paciorki (szklane, oczywiście). Dzikie, nieśmiałe dotąd zwierzęta, które skrywały się w bebechach miasta, odzyskują śmiałość, wychodzą z ukrycia. Już nie wystarczą im resztki, śmiecie i odpadki. Szczury ciągną kawał Grana Padano z pobliskich delikatesów, bezdomne psy rozszarpują jamóna serrano. Odpada tynk, pękają szyby, drżą ulice. Ludzie uciekają w popłochu, nie wiedząc, że nigdzie nie jest lepiej. Wszyscy umrą. Uśmiecham się. Balon pęka. Dziewczyna w niebieskim szaliku zlizuje resztki gumy z czerwonych ust.

czwartek, 7 marca 2013

nuda



Otwieram ciężkie drzwi. Fala świeżego powietrza chwilowo nas otrzeźwia. Wewnątrz zostaje gwar, ścisk, upojenie. Dłoń, którą trzymam w swojej dłoni, nagle staje się niewygodna, ale brnę dalej, no bo jak to tak? Wycofać się? Stwierdzić, że jednak nie, sorry, pomyliłam się? Że w świetle latarni jej twarz wcale nie jest taka ładna, trochę za młoda i za bardzo roześmiana? Więc ciągnę ją za tę rękę szybko w stronę taksówki, przytulam się raczej do jej miękkiego swetra niż do niej, chowam twarz w zapachu szalika, żeby nie zobaczyła mojego znudzenia, żeby się nie zorientowała, że nie jest nikim wyjątkowym, nie jest wybrana. Pozwalam szumowi miasta zagłuszyć jej szczebiotliwą opowieść. Brzęk kluczy, chrzęst zamka. Stuk szklanek i piekący smak w gardle. Nie pozwalam jej się rozejrzeć. Nie chcę, żeby zapytała o zdjęcie na komodzie, ani tym bardziej, żeby przyjrzała się grzbietom książek. Nie zapalam ulubionej lampy, nie proponuję kawy. Udaję, że nie usłyszałam prośby o zamknięcie okna ani pytania o to, czy sama tu mieszkam. 

Zapalam papierosa, zamawiam jej taksówkę, patrzę, jak mozolnie się ubiera i czeka, aż poproszę ją o numer telefonu. 

piątek, 24 sierpnia 2012

młode wilki


– Zostań jeszcze chwilę – powiedziałam, kiedy ognisko zaczęło dogasać, a wszyscy zbierali się do snu. Próbowała się wykręcić, bo zimno, rosa i trochę strasznie tak same w sercu Beskidów.
– Zostań. Tylko niech pójdą spać, pogaszą światła.

Usiadła trochę niepewna. W chwili, w której ją zobaczyłam parę dni wcześniej, wiedziałam, że to jej pierwszy pobyt w Polanach, w chacie bez prądu, bez bieżącej wody. Drobna i zagubiona w plątaninie pasków od plecaka, w za dużym polarze nieporadnie próbowała dołożyć drwa do pieca. Wyhaczyłam jej spojrzenie jeszcze w ciągu dnia, kiedy usiłowała wypić herbatę z metalowego kubka; grzała sobie o niego dłonie skulona na drewnianej ławce i patrzyła w dal.

– Tu była kiedyś Łemkowska wieś. Ponad sto domów, sześciuset mieszkańców. Duża Cerkiew. Ruinę dzwonnicy widać z kuchennego okna. Nic poza tym nie zostało. A, jeszcze drzewa owocowe. Smutne osierocone grusze i jabłonie – powiedziałam, gasząc papierosa. Nie podniosła wzroku, ale jej spojrzenie odrobinę posmutniało.

Usiadła obok mnie tak, że stykałyśmy się ramionami. Patrzyłyśmy na wygasający żar, chłód atakował nas od tyłu. Było w niej jakieś zniecierpliwienie, ciekawość i obawa. Dłubała czubkiem buta w popiele, naciągała rękawy na dłonie, delikatnie się kołysała. Robiło się coraz ciszej i coraz zimniej.

Najpierw odezwał się pojedynczy głos. Mocne, krótkie wycie w lesie za strumieniem. Odpowiedziały mu kolejne, dobiegające ze wszystkich stron, dłuższe i wyższe dźwięki. Odbijały się echem i powoli cichły, żeby po chwili rozpocząć koncert od nowa.

Spojrzała na mnie przerażona. 
– Myślałam, że chcesz mi pokazać gwiazdy – rzuciła i uciekła.

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

gdzieś pomiędzy


Wyszłam od nich trochę za późno; o takiej porze, kiedy w tramwajach mieszają się ci, którzy jeszcze wracają z tymi, którzy już wstali i załatwiają swoje poranne sprawy: odświętnie ubrani w żorżetowe bluzki lub poliestrowe garnitury zmierzają na mszę, w dresie zarzuconym na niedobudzone ciało idą do sklepu po bułki na śniadanie albo skacowani popijają papierosa kefirem. Staruszka z trudem ciągnęła wózek wypełniony kwiatami. Moje brudne buty i pachnące nocą ubranie zdradzały, że nie należę do tego dnia. Zbyt krótki sen nie wystarczył, żeby oddzielić sobotę od niedzieli. Na nagich ramionach czułam upalny, cuchnący oddech budzącej się ulicy. Przypomniało mi się, że tą samą drogą wracałam od niej o 3 w nocy wtedy, kiedy za bardzo chciałam zostać do rana, żebym mogła sobie na to pozwolić. Dziewczynka w różowej sukience jadła lody. Bezdomny kroił scyzorykiem rzodkiewkę na plasterki i starannie układał je na kanapce z kiełbasą. Jeszcze zanurzona w nocy prześlizgiwałam się między ludźmi, chowałam w cieniach bram i wiat przystankowych, jakbym była dziwnym podróżnikiem w czasie, który przypadkiem przeniósł się do innej epoki. Tramwaj jechał za wolno, dzień zaczynał się zbyt szybko.

Weszłam do domu trochę przestraszona. Niedopita kawa, rozrzucone ubrania, niezakręcona tubka z pastą do zębów, przewrócona butelka. Zapach perfum w łazience. Tutaj czas na mnie poczekał. Mogłam bezpiecznie się w niego wślizgnąć. Dogoniłam niedzielę. Pozwoliłam, żeby sok z zimnego arbuza ciekł mi po palcach. Myślałam o tym, że może w przyszłym tygodniu znowu przyniesie mi maliny. I że już nie tęsknię.

wtorek, 26 czerwca 2012

asertywność


Pewnego dnia zorientowałam się, że przychodzi na moje piętro częściej niż inni ludzie z jej działu. Najpierw myślałam, że ma dużo spraw do załatwienia, potem – że jest po prostu miła. Przechodząc, zawsze mnie zagadywała o pogodę, o rower, o jakąś drobnostkę. Stawała przy tym o pół korku za blisko, tak, że wdziała monitor mojego komputera, czego bardzo nie lubię. I o sekundę za długo patrzyła mi w oczy. 

Firma, w której pracuję, postanowiła urządzić piknik integracyjny na boisku pobliskiej szkoły. Mieliśmy się przebrać w stroje rodem z PRL-u, rozegrać mecz piłki nożnej, skakać w workach na czas, jeść kiełbaski z musztardą i pić kiepskie piwo. Panie, z którymi pracuję, tego dnia były bardzo ożywione. Pokazywały sobie ciasta upieczone na Konkurs Ciast, wymieniały się gadżetami z minionej epoki, podziwiały swoje przebrania. Nie zauważyłam, żeby różniły się od tego, co noszą na co dzień, ale być może nie znam się modzie. Miałam wrażenie, że szykuje się impreza życia. Ich życia.

Piknik rozpoczął się ulewą. Mecz zakończył się remisem, do skoków w workach nie było chętnych, kiełbaski się spaliły, a bakłażan był surowy w środku. Liczyłam przynajmniej na Konkurs Ciast. Niestety wypieków było za mało i każdy dostawał przydzielony kawałek, na który musiał oddać swój głos. Zmarznięta wróciłam do biurka. Cieszyłam się tym, że mogę pracować z kubkiem ciepłego tyskacza pod ręką. Lepszy rydz i tak dalej.

W pewnej chwili zjawiła się ona. Stanęła o krok bliżej niż zazwyczaj, spojrzała mi w oczy jeszcze głębiej. Poczułam jak dotyka ramieniem mojego ramienia.
– Dasz mi swój numer telefonu?  – zapytała.
– Jasne, 5670.
– Ale nie, ten prywatny…
Zapisałam na różowej karteczce.
– Piszesz piórem?  
– Tak, ale tylko ważne rzeczy. 

Tuż przed 17:00, kiedy zbierałam się do wyjścia, dostałam esemesa z pytaniem, czy mam ochotę. Chwilę później nad miską pseudochińskiej zupy opowiadała o tym, jak bardzo nie lubi swojej pracy, swojego narzeczonego i jak długo nie chciała uwierzyć, że mogła jej się spodobać dziewczyna. Potem zapytała, czy chciałabym gdzieś z nią pójść w piątek wieczorem. Nie chciałam. To nie z nią powinnam jeść tę zupę. Wyszłam, myśląc o tym, jak to dobrze, że się odważyła i jak dobrze, że się nie zgodziłam.

środa, 30 maja 2012

różnice charakterów

O 4:30 wyszłyśmy z klubu G. Dzień nas spoliczkował. Namówiłam ją, żebyśmy poszły piechotą, bo słońce takie różowe, powietrze świeże, ulice puste i ciche. Była zbyt zmęczona, żeby protestować. Szłyśmy powoli, trzymałyśmy się za ręce, a miasto się budziło. Park buzował, starszy pan zamiatał ulicę, inny palił papierosa oparty o przystanek. Autobusy były pełne zaspanych ludzi. Wyglądały jak dawno niesprzątane akwaria, w których walczą o życie półśnięte ryby.  Chciałam usiąść na krawężniku, pić kawę z papierowego kubka, jeść bułkę i gapić się na miasto. Być w mieście.
– Spać mi się chce – zbywała każdy mój wyraz zachwytu.
– Ale zobacz, słońce wschodzi nad Trasą Łazienkowską!
– Spać...
– A ci ludzie na rowerach! Cudownie, że im się chce o tej porze!
– Spać i zimno...
– Nie jest zimno. Powietrze pachnie rosą.
– Może wsiądziemy do autobusu?
Odprowadziłam ją pod dom. Już nie trzymałyśmy się za ręce. Pożegnałyśmy się chłodno. Pojechałam, zachwycona, do domu okrężną drogą.

środa, 2 maja 2012

homoseksualna propaganda*

Wychodzimy z klubu Pow. Obejmuję ją, rozmawiamy, śmiejemy się odrobinę za głośno. Ciągniemy za sobą pijane rowery. Miasto wrze nocą. Dochodzimy do bramy, w której stoją dwaj mężczyźni. Na oko dwudziestokilkuletni, w dresach, tacy, których nie chce się spotykać w ogóle, a tym bardziej w obsikanym, ciemnym zaułku. Ale jest noc, szumi nam w głowach, nie myślimy o konsekwencjach. Całujemy się w tej bramie, mijając ich. Za naszymi plecami jeden rzuca do drugiego:
- Skoro one mogą, to teraz chyba nasza kolej.

* Tytuł posta jest zaczerpnięty od Karo/Lotte/jesieni. http://www.karo.iwasz.pl/blog/?tag=homoseksualna-propaganda

sobota, 14 kwietnia 2012

intertekstualnie

Od paru tygodni wybierałam się na spotkanie autorskie, promujące najnowszą książkę O.T. Bo to T., o której próbuję napisać pracę magisterską, bo w Krytyce, bo książka ma ładną okładkę. Miałyśmy iść z Olą same, ale w przeddzień wpadałam na pomysł, żeby wyciągnąć jeszcze Karo, a ona wzięła Plu. Przed spotkaniem duszkiem wypiłyśmy po lampce wina, bo ginekolog, bo kiepski dzień, zmęczenie, i żeby wprawić się w intelektualny nastrój. O 19.00 w holu spotkałyśmy się z Karo i Plu.

Wszyscy czworo weszliśmy do sali na piętrze. Lubię tę salę. W poniedziałki puszczają tam filmy, jest wtedy ciemno i przytulnie. Krzesła są ustawione wzdłuż pomieszczenia, a okna przysłonięte czarnymi roletami. Tym razem wszystko było na odwrót. Krzesła w poprzek, za dużo jarzeniowego światła i ludzi. Początkowo siadłyśmy w przejściu na dywanie. Potem okazało się, że Ona, Druga Ona i przemądrzały krytyk mają siedzieć w głębi, na dodatek we wnęce. Nic byśmy nie usłyszały. Przyniosłyśmy sobie krzesła.  Spotkanie zaczęło się od końca, od pytań publiczności, która nie miała pojęcia o co pytać. Zapanowała niezręczna cisza. Poczułam się tak, jak na ćwiczeniach podczas studiów, kiedy zaczynały się zajęcia i nagle okazywało się, że nikt nie przeczytał teksu, o którym mamy rozmawiać. Teraz chyba też nikt nie przeczytał. Potem było tylko gorzej. Byłam rozkojarzona, bo nie lubię próbowania się gatunkach literackich, o którym mówiła T. („zawsze chciałam mieć kryminał, teraz czas na powieść science fiction), nie lubię zadzierania nosa, a już najbardziej nie lubię dekonstrukcji. Podobała mi się tylko dziewczyna w bluzce w gwiazdki, która przede mną siedziała. I jej dziecko w ubraniu z takiego samego materiału. Na nich skupiłam całą swoją uwagę. Rozmówcy zaczęli o powinnościach pisarza, więc uznaliśmy to za dobry pretekst, żeby pójść się napić.

piątek, 13 kwietnia 2012

podwieźć cię?

Szłam do pracy smutna i zmarznięta. Zaproponowała, że mnie podwiezie. Patrzyłam, jak prowadzi samochód i jednocześnie próbuje się malować. Zrobiło mi się przyjemnie. Potem opowiadała o swoim guzie mózgu.

czwartek, 12 kwietnia 2012

bezpłodne pestki

Śniło mi się, że płakała, a ja zjadałam jej łzy jak pestki słonecznika. Zastanawiałam się czy wewnątrz mojego brzucha wyrośnie z nich roślina, czy - co gorsza - zajdę od tego w ciążę. Nic takiego się nie stało. Odeszłam pusta i samotna.