Na moim prawym ramieniu siedzi ptak z rodziny krukowatych.
Miarowo uderza dziobem, przebija skórę i drąży otwór w kości mojej czaszki. Próbuję ignorować
ból, dopóki to jest możliwe, potem łykam tabletkę. Strużka krwi ścieka po szyi
za kołnierz, rozmazuje się pod ubraniem, ale jestem sprytna. Zakładam czerwoną
koszulę, żeby nikt się nie domyślił, żeby wszyscy myśleli, że taki ze mnie
oryginał, co trzyma ptaka na ramieniu. Jest duży i ciężki. Są dni, kiedy trzepie
skrzydłami i wydaje głośne dźwięki, które zagłuszają wszystko: szum miasta,
śmiech przyjaciela, wyznania miłosne, prośby o pomoc. Stuka i łomocze, krzyczy
i kracze, a ja marzę o ciszy, o odrobinie niezbędnego spokoju. Czasem zasypia.
Wtedy rana zaczyna się goić, krew zasycha, niepewnie się uśmiecham. Zbyt szeroki
uśmiech sprawia, że skóra na głowie się porusza, a strup pęka. Wypływa świeża
krew, jej zapach budzi ptaka. Znowu dziobie.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą choroba. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą choroba. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 19 czerwca 2014
środa, 19 lutego 2014
na puszczy
Nade mną mieszka kobieta, która krzyczy. Pierwszej nocy pragnęłam
wykazać się miłosierdziem. Dobrym człowiekiem być, się czuć, pomoc społeczną zawiadomić.
Może nawet z synem tej pani pogadać, że to niehumanitarne, że matka przyrasta
do łóżka i cierpi. Albo straż miejską wezwać. Może pomogą drzwi sforsować,
cierpienie złagodzić, albo chociaż jęki wyciem karetki uciszyć. Drugiej nocy
wspinałam się na szczyt empatii, chciałam zrozumieć, jak się czuje ktoś, kto
nie może wstać z łóżka. Być może Mariola faktycznie jest w kuchni albo w drugim
pokoju i nie słyszy wołania? Może trzeba jeszcze głośniej, jeszcze wytrwalej,
aż do piątej nad ranem? A może nie chce słyszeć? Albo nie żyje? Może umarła w
tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym siódmym, ale kobieta z piątego piętra
(mieszkam na czwarty) jeszcze się nie zorientowała? Bo leży w łóżku od
osiemdziesiątego trzeciego i trochę jej się lata mylą? Miesza się czas teraźniejszy z przeszłym. To normalne kiedy jest się zależnym.
Trzeciej nocy miłosierdzie i empatia wysiadają. Marzę o tym, żeby już umarła. Żeby
z krótkiego, przerwanego snu nie wyrywał mnie krzyk zza ściany: boże, boże,
niech się ktoś zlituje! Wyobrażam sobie,
że wyważam drzwi i włamuję się tam po to, żeby roztrzaskać jej głowę siekierą
(nie mamy w domu siekiery). Nie potrafię wykrzesać z siebie współczucia, ani
dobrej woli. Chcę spać.
Etykiety:
babcia,
bezsenność,
ból,
choroba,
ciało,
cisza,
dusza,
kurczenie (się),
roślina,
sen,
smutek,
śmierć,
ważne rzeczy,
wolność,
wycie,
zimno,
złość
poniedziałek, 27 stycznia 2014
kamienica
Przekręcam się z boku na bok. Po raz
setny tej nocy. Poduszka za płaska, kołdra za ciężka, dwie
poduszki za wysokie, druga kołdra za cienka. Myśli oblepiają głowę
jak smoła, wlewają się do oczu niechcianymi obrazami. Obmyślam
wszystkie katastrofy, które mogłyby się zdarzyć. Planuję
pogrzeby, samobójstwa, rozstania. Przymierzam choroby, odcinam sobie
piersi i wycinam macicę. Czasem rodzę martwe dzieci. Codziennie o
trzeciej w nocy sąsiadka z dołu wychodzi na klatkę schodową i
kaszląc, zapala papierosa. Czuję zapach dymu. To ta, która kiedyś
mnie zapytała, czy jestem narkomanką.
– A czy wyglądam? – burknęłam.
– Z nimi nigdy nie wiadomo. Była tu
taka jedna, spała na schodach na górze. Też nie wyglądała.
Gorąco. Piję wodę. Zimno. Zawijam
się w kołdrę. Chowam głowę. Duszno. Między piątą a szóstą
wstaje sąsiadka zza ściany i zaczyna krzyczeć na swoje dziecko.
Wstawaj gówniarzu co tak długo jeszcze się nie ubrałaś trzeba
wychodzić debilu. W myślach poprawiam formy męskie na żeńskie.
Chwilę po szóstej przychodzi syn sąsiadki z góry. Co mamusia zje
na śniadanie? Kluski lane zrobić czy kaszę manną na mleku? O,
kupę mamusia zrobiła. Niechże mamusia współpracuje! Poruszy się,
spróbuje podnieść i nie stęka, nie ma powodu! Schody skrzypią
pod stopami robotników porannej zmiany, przewraca się butelka,
komuś upadają klucze. Kształty wyłaniają się z ciemności,
dziwnie wyraźne, nierzeczywiste. Zasypiam na minutę, śni mi się
morze, betonowe portowe nadbrzeże. Śmierdzi rybami. Woda jest
ciemna i brudna, brunatna piana obryzguje mi twarz. Dzwoni budzik.
Wstaję. Udaję, że nic się nie wydarzyło.
piątek, 21 czerwca 2013
homofobia stosowana
– Ty, to chyba lesba jest! Patrz! – łysy w krótkich ortalionowych spodniach, frotowych skarpetach naciągniętych do półłydki pokazuje na znaczek przypięty do mojej torby. Kolorowa niepodległa, 11.11.11 i dwie flagi, Polski i tęczowa. Dwa na cztery milimetry, prawie niewidoczne, ale nie umkną wprawnemu oku. Wyłączam muzykę, nie zdejmuję słuchawek. Słucham, co będzie dalej. – Ale mówię Ci, to choroba jest, to można leczyć. Takie plamy tu mam, widzisz? Poszłem do lekarza i znikają, widzisz? O, tu była większa. Widzisz? Do lekarza trzeba, biedni ludzie, nie można się śmiać. To choroba.
– Albo wyruchać porządnie – dodał, po namyśle, jego kolega w takich samych spodniach i takich samych skarpetach.
– Albo wyruchać porządnie – dodał, po namyśle, jego kolega w takich samych spodniach i takich samych skarpetach.
Subskrybuj:
Posty (Atom)