Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kobiecość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kobiecość. Pokaż wszystkie posty

sobota, 13 stycznia 2018

impreza

W tym roku skończę trzydzieści trzy lata, niepodległość sto, a nasz związek pięć. Ta gra nigdy mi się nie znudzi.
Wracam do domu. Niesie mnie wino, dochodzi północ. Chciałam jeszcze pójść w noc, w miasto, ale ona mówi, że sen, zmęczenie, trochę jej się nie chce. Dochodzę do bramy, już mam wpisywać kod, prawie czuję zapach pościeli rozgrzanej jej ciałem. Dzwoni.
– Gdzie jesteś?
– Na imprezie.
– A, to spoko. Myślałam, że się poślizgnęłaś.
– Na parkiecie?
– Na chodniku!
– Chyba na czerwonym dywanie.
Rozłączam się. Jeszcze trzy piętra, szczęk klucza, miauk kota. Zdejmuję ubranie w przedpokoju. Jej sen pachnie biszkoptami. 

niedziela, 14 września 2014

Voice of Praga

Nigdy nie widziałam jego twarzy. Podejrzewam, że jest dość otyły, nosi źle skomponowane ubrania i nigdy się nie zastanawiał się nad tym, czy kiedykolwiek kochał swoją żonę. Przez pięć dni w tygodniu jest trzeźwy. Wstaje bardzo wcześnie, kiedy budzi się Praga, menel, już przetrzeźwiały, gniecie butem puszki, a młoda kobieta pociąga zaschniętym tuszem zaspane rzęsy, zakłada plastikowe szpilki, wystukuje obcasami rytm zbyt wczesnego poranka. Za każdym razem, kiedy nie mogę spać, nasłuchuję i zastanawiam się, po co o 5:30 rano zakładać niewygodne buty. On też wstaje o tej porze. Ziewa, śmierdzi mu z ust. Kiełbasę z cebulą popija słodką herbatą. Wychodzi do roboty, wraca, ogląda telewizję i zasypia w fotelu. Prawdopodobnie z nadpalonym papierosem, który w odpowiednim momencie żona wyjmuje spomiędzy jego pożółkłych palców. Zanim utopi niedopałek w popielniczce pełnej petów, pospiesznie zaciąga się kilkukrotnie.
  
W piątek przychodzą znajomi. Zasuszone kobiety i okrągli mężczyźni. Piją wódkę, nie wiedzą, skąd się znają, rzadko przypominają sobie swoje imiona. Wydają dużo dźwięków, nigdy nie rozmawiają. Kolejne słoiki i puszki przerabiają na popielniczki. Jego żona w kącie, na niewygodnym taborecie upija się po cichu. Wie, że musi rano wstać, utłuc mięso na kotlety, obrać ziemniaki, włączyć odkurzacz Predom Zelmer. Brzmi prawie jak freedomwolność. Zna to słowo. Usłyszała je kiedyś w jakimś Voice of TV i zapamiętała, bo skojarzyło jej się właśnie z odkurzaczem, który dostali w prezencie ślubnym, w 78 roku, kiedy miała 17 lat, brzuch pełen nadziei i sukienkę z firanki. Więc wstaje w sobotę rano, pociąga łyk z opróżnionej w jednej trzeciej butelki i idzie w leginsach w panterkę, w różowym podkoszulku z cekinami, w klapakach ozdobionych resztkami brylantów do Biedronki, po ten schab i po piwo dla niego. Na rano, żeby tak bardzo nie krzyczał, a przynajmniej nie na nią. Stara się zdążyć, zanim sąsiad spod czwórki włączy „Ona tu jest i tańczy dla mnie” albo „Cziki cziki czikita, jeśli masz ochotę, daj mi jakiś znak”. Codziennie ta sama niewysłuchana modlitwa. Kobieta wraca, podaje puszkę, wrzuca na rozgrzany olej grubo pokrojoną cebulę, kroi mięso, wbija jajka, wyjmuje z worka cztery kromki polskiego domowego powszedniego, jadą ręką tłucze kotlety, drugą miesza na patelni przysmażone białka z resztkami teflonu. Przecież się stara. Robi wszystko, żeby tak głośno nie wrzeszczał, żeby sąsiedzi nie słyszeli, bo przecież to dobry dom, żona poczciwa, mąż pracuje, pieniądze przynosi, pije tylko w łykendy i na wesoło albo zasypia kulturalnie. Kto by pomyślał, pani kochana! Normalna rodzina! Nigdy niczego nie słyszałam. Nawet telewizor taki płaski kupili na święta. A bachory w tym wieku jakie są, to każdy wie. Dyscypliny potrzeba, krótkiego trzymania. Klapsa czasem dał, pewnie, w końcu dobrym ojcem był, co nie? Białka za wolno się ścinają, a on lubi wysmażone, przyrumienione. I chleb ze smalcem żeby był do tego. Za wolno. Opróżnia trzecią puszkę, już siedzi na skraju wersalki, drapie się, przeciąga, mlaska.

– Mongoły, pierdolone! Mongoły w dupę jebane! Wszystko przez te Mongoły! Zajebały, rozkradły, kurwa!

Budzi mnie ten krzyk, wyrywa ze snu o wojnie na Ukrainie, o dżihadzie i tęsknocie. Nigdy nie widziałam Mongoła. On pewnie też nie. Zastanawiam się, jak można tak nienawidzić.

poniedziałek, 17 czerwca 2013

romantyczność

Silva ma złamane serce. Próbuję ją wspierać, ale kiepsko mi to wychodzi. Od bardzo dawna nie dałam nikomu możliwości złamania sobie serca i już trochę zapomniałam, jak to jest. Przy S. czuję się zimna i kamienna.

Opowiadała mi o różnych romantycznych sytuacjach, które były i minęły.
– Któregoś dnia czekałam na niego przez cały dzień ubrana tylko w zwiewną, czarną sukienkę. Myślałam, że spłonę, a on to podsycał esemesami...
– Tak, znam to. Potem, jak już przychodzi co do czego, okazuje się, że właściwie wszystko się wydarzyło w tych esemesach, że już się nie chce, że chodziło tylko o czekanie i można pójść spać. Albo osoba, na którą się czekało, spóźnia się nieznośnie, robi ci się zimno, zakładasz dres, chowasz się pod kocem i czytasz książkę do rana.
– Nieprawda! – oburzyła się z lekkim uśmiechem.
– Prawda, prawda. To tak, jak z seksem na plaży. W filmie wygląda romantycznie, a w rzeczywistości? Piasek w ustach, we włosach i w cipce. Otarcia. Albo śniadanie do łóżka. Okruchy pod tyłkiem, rozlana kawa, filiżanka, której nie ma gdzie odstawić. Przed śniadaniem trzeba zrobić siku, umyć zęby. Po co potem wracać do łóżka? Na seks to rozumiem, ale żeby jeść? Bez sensu. A seks w kuchni? Kiedy boli kark, bo trudno się zmieścić pod wiszącymi szafkami, trzeba uważać, żeby nie rozlał się olej albo mleko, żeby nie zrzucić solniczki, nie nadziać się na nóż. Zrywanie naręczy polnych kwiatów i razem z nimi przynoszenie sobie do domu mszyc. Szczękanie zębami z zimna nocą na moście i potem leczenie spierzchniętych ust. Dostawanie ciętych kwiatów i obserwowanie, jak gniją, umierają, zaczynają śmierdzieć...

wtorek, 28 maja 2013

serial familijny

W domu M. ogląda się telewizję. Nawet to lubię, bo nie trzeba wtedy rozmawiać, nie jest się odpytywanym, przepytywanym i pouczanym. Każdy upija się w samotności.

Tego dnia był serial. Komediowy, familijny. O typowej współczesnej rodzinie.

Ujęcie pierwsze: nastolatek siedzi przy kuchennym stole, uczy się wiersza na pamięć, duka, wyraźnie cierpi. Wchodzi serialowy ojciec. Chłopiec skarży się na beznadzieję programu nauczania, na anachronizm, bo po co w erze iPada uczyć się wierszy na pamięć? No po co? Przecież w każdej chwili można wyguglować, gdyby była taka potrzeba.
– Bez serc, bez ducha, to szkieletów ludy – natchnionym głosem recytuje serialowy ojciec. I dodaje: – Synu, tu chodzi o poszerzanie horyzontów, o kulturę narodową, o to, że my z niego wszyscy. I jeszcze o trening pamięci.
Tyradę przerywa serialowa Matka Polka. Z gracją porusza się z naręczem zakupów ubrana w kobaltową spódnicę mini, jedwabną bluzkę w kolorze szmaragdów i niebotyczne szpilki. Wchodzi ze stukiem, odstawia siatki, pyta serialowego ojca:
– Zamówiłeś pizzę?
– Eee... zapomniałem. – odpowiada skruszony. – Podasz mi numer telefonu? Powinien wisieć na lodówce.
– 522 63 22 – bez zająknięcia recytuje z pamięci serialowy syn. Kurtyna.

Ujęcie drugie: serialowa matka, nadal w miniówie i na szpilkach, stoi na dole schodów z koszem na brudną bieliznę i krzyczy:
– Chłopaki! Chłopaki! Dajcie mi tu swoje brudy! Wstawiam pranie! Chłopaki!
Po chwili zasypuje ją grad brudnych skarpet, gaci, podkoszulków. Nic nie ląduje w koszu, wszystko na matce lub obok niej. Kurtyna. M. wybucha śmiechem.

Ujęcie trzecie: serialowa matka, tym razem już w dresie, odkurza pokój swojego serialowego syna. W pewnym momencie odkurzacz przestaje ciągnąc, ona w krzyk:
- Luuudwik! Luuudwik! Chodź tu! Odkurzacz się zepsuł!
Przychodzi serialowy ojciec, odpina rurę, wyjmuje z niej marchewkę. Z triumfującą miną wręcza żonie naprawiony odkurzacz, wychodzi bez słowa. Kobieta, zadowolona, wraca do odkurzania. Kurtyna.

Nie wytrzymuję, wychodzę do kuchni, głęboko oddycham. Z oddali słyszę salwy śmiechu. Zastanawiam się, czy już zupełnie straciłam poczucie humoru?

sobota, 17 listopada 2012

anamneza



– Ciąża? 
– Jedna.
– Poród?
– Zero.
– Kiedy?
– Dawno.
– Antykoncepcja hormonalna?
– Nigdy.
– Chce pani?
– Nie.
– Stały partner?
– Jeśli już to partnerka, partnerki. Niestałe. Rzadko.
– Przewlekłe choroby?
– Żadnych.
– Nuda, co?
– Tak, nuda. 

piątek, 13 kwietnia 2012

8 marca

Firma, w której pracuję od niedawna, zorganizowała loterię z okazji Dnia Kobiet. Można było wylosować różne Bardzo Praktyczne Rzeczy, np. narożną półkę ścienną, dwumetrowy kwietnik lub stolik w kształcie słonia. Speszona sytuacją wyciągnęłam los i ustawiłam się w kolejce po odbiór prezentu. Dostałam coś metalowego; podłużną puszkę z dziurkami do zamocowania jej na ścianie. Po cichu przyznałam się A., koleżance z pokoju, że nie mam pojęcia do czego to służy. Odpowiedziała, krzycząc:
– Jak to! Przecież to jest pojemnik na waciki do mycia twarzy!
– Nie używam wacików – przyznałam się jeszcze bardziej speszona.
– To czym się myjesz?! – zapytała A.
– Wodą... – zawstydziłam się. 
– Ile ty masz lat?! W twoim wieku nie powinno się już myć twarzy wodą!
Było mi przykro, bo poczułam się mało kobieca i stara. W Dzień Kobiet.