Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gadamy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gadamy. Pokaż wszystkie posty

sobota, 13 stycznia 2018

impreza

W tym roku skończę trzydzieści trzy lata, niepodległość sto, a nasz związek pięć. Ta gra nigdy mi się nie znudzi.
Wracam do domu. Niesie mnie wino, dochodzi północ. Chciałam jeszcze pójść w noc, w miasto, ale ona mówi, że sen, zmęczenie, trochę jej się nie chce. Dochodzę do bramy, już mam wpisywać kod, prawie czuję zapach pościeli rozgrzanej jej ciałem. Dzwoni.
– Gdzie jesteś?
– Na imprezie.
– A, to spoko. Myślałam, że się poślizgnęłaś.
– Na parkiecie?
– Na chodniku!
– Chyba na czerwonym dywanie.
Rozłączam się. Jeszcze trzy piętra, szczęk klucza, miauk kota. Zdejmuję ubranie w przedpokoju. Jej sen pachnie biszkoptami. 

środa, 27 marca 2013

pomieszało się

– Opowiem Ci mój sen – powiedziała B. w kawiarni. Siedziała naprzeciwko mnie, tyłem do sali.
B. jest moim świadkiem. Spotykamy się rzadko, ale regularnie i zawsze z niewzruszonym zrozumieniem przyjmuje kolejne rewelacje, opowieści i zmiany w moim życiu.
– Śniło mi się, że chodziłam po Neue Nationalgalerie. Początkowo nie do końca rozpoznałam to miejsce, było mgliste i zamazane, ale po chwili się zorientowałam. "O nie, to Berlin" pomyślałam.
– Nie znoszę Niemców! – wtrąciłam. – Teraz nawet jeszcze bardziej, odkąd mnie wyrzucili z pracy.
– Ja też nie lubię. Berlin jest niedomyty. Stara, i ten język niemiecki, na samo wspomnienie przechodzą mnie ciarki. I ten typ urody! Stwierdziłam, że skoro już tam jestem, pójdę obejrzeć obrazy Barnetta Newmana. Szłam w ich stronę, zamyśliłam się i nagle wpadłam na Davida Bowiego otoczonego tłumem ludzi. Każdy chciał sobie zrobić z nim zdjęcie. Pomyślałam, że to jest potwornie przykre i upierdliwe. Zero prywatności. I że dobrze się trzyma.
– Tak, też mi zawsze szkoda tych celebrytów, którzy nie mogą anonimowo przejść ulicą. Wszyscy się na nich gapią... – zawiesiłam głos i zapatrzyłam się w głąb sali na dziewczynę z wielkim ptasim piórem wytatuowanym na przedramieniu.
– Kto ci się tam podoba? – zapytała B.
– Jak to?! Skąd wiesz? – roześmiałam się nerwowo.
– Poczekaj – odwróciła się dyskretnie. – A, już wiem. No więc David Bowie podszedł do mnie i zapytał, czy może sobie zrobić ze mną zdjęcie.

czwartek, 7 marca 2013

czwarta babcia

Jak zwykle po świętach, po imieninach, po urodzinach lub po innej rocznicy, o której nie pamiętałam, M. zapytała: – Dzwoniłaś do babci?

Mam jedną babcię. Kiedyś miałam cztery, co było powodem do dumy na podwórku  i przyczyną udręczenia w domu. Bo jak cztery babcie, to cztery laurki na Dzień Babci, cztery razy więcej dat do zapomnienia, cztery razy więcej nachalnej troski i wcale nie cztery razy więcej prezentów na urodziny, bo jedna z babć była schizofreniczką, druga, ta ulubiona, wychodziła na brydża akurat tego dnia, kiedy postanowiliśmy ją odwiedzić lub po prostu zapominała o moim istnieniu. Lubiłam ją, bo nie kazała mi jeść, nie interesowała się moją czapką i pozwalała do późna oglądać filmy. Szybko umarła, więc nie zdążyłam jej bliżej poznać. Trzecia babcia nigdy się nie liczyła. Była mamą mojego ojczyma i nazywałam ją babcią tylko przez krótki czas, żeby zadowolić M. Czwarta bardzo mnie kochała. Miłość okazywała chlebem z szynką. Kiedy byłam mała i ciągle chorowałam, a moi rodzice byli zajęci najpierw doktoratami, potem rozwodem, brała bezpłatny urlop, żeby ze mną siedzieć. Codziennie gotowała dwa obiady, jeden z nich specjalnie dla mnie, obrzydliwy i bez smaku, z porządną porcją mięsa. Pilnowała, żeby się nie spociła, nie chodziła boso, myła ręce przed każdym posiłkiem i nie biegała. Często się upewniała, czy wiem, że bardziej powinnam kochać mamę i czy pamiętam "dziecko, jaki ten twój ojciec jest". A przede wszystkim dbała, żebym nie dostała anemii. Bo anemia to najgorsze, co się może przydarzyć dziecku. Im byłam starsza, tym bardziej jej nie lubiłam. Początkowo skrycie, potem coraz bardziej otwarcie robiłam jej na przekór - kiedy odwróciła wzrok, zdejmowałam buty i wbiegałam boso do największej kałuży albo wrzucałam kotlet za szafkę w kuchni. Miałam sześć lat kiedy nie wytrzymałam i ją pobiłam.

– Dzwoniłaś do babci?
– Nie dzwoniłam. Wiesz, że nigdy nie dzwonię. Nie lubię z nią rozmawiać. Zawsze mnie pyta, dlaczego nie dzwonię. Poza tym za każdym razem płacze, a ja mam poczucie winy z tego powodu.
– Ona cię tak bardzo kocha...
– Wolałabym, żeby mnie mniej kochała, a bardziej szanowała.
M. jak zwykle się obraziła. 

Po kilku dniach się złamałam i zadzwoniłam. 
– Cześć babciu – po drugiej stronie słuchawki odpowiedziało mi pochlipywanie i pociąganie nosem. – Dlaczego płaczesz?
– Dlaczego do mnie nie dzwonisz, dziecko? Ja cię tak bardzo kocham!
– Teraz dzwonię...
– Codziennie się za ciebie modlę, żebyś była szczęśliwa.
– Jestem szczęśliwa, babciu.
– Oj co ty wygadujesz, dziecko! Nie musisz nikogo oszukiwać. Modlę się, żebyś była naprawdę szczęśliwa.
– Jestem naprawdę... – powiedziałam cicho chwilę po tym, jak nacisnęłam czerwony przycisk.

poniedziałek, 3 września 2012

Mademoiselle, poczekajmy na te pedały!


Zaprosiłam ich na wino z kolacją. Do domu kotów, którymi się opiekowałam pod nieobecność właścicieli.
Upiekłam tratę cytrynową, a Mademoiselle ciasto łososiowe. Plu zrobił nam pizzę. Taką, jaką piekła moja babcia, jak byłam mała: pachnącą drożdżami, z dużą ilością sera. Karo kroiła pieczarki, paprykę, która okazała się być w ciąży, i pomidory własnoręcznie ususzone przez Plu. Gniew tarł ser. Ja co chwilę wyciągałam z szafek różne potrzebne sprzęty. Wieczór rozkręcał się powoli, było ciepło i pachniało jedzeniem.

Kiedy pizzo-zapiekanka wylądowała w piekarniku, po krótkim zamieszaniu z krzesłami, których było mniej niż nas (Gniew nie chciał, żebym stała, bo jestem kobietą, ja nie chciałam, żeby goście stali, kiedy ja siedzę, więc przyniosłam krzesło dla Szumona), usiedliśmy wokół okrągłego stołu. Rozmowa snuła się leniwie, żarty błyskały albo spalały na panewce, pizza coraz bardziej pachniała.
– Nie ma polskich określeń na techniki seksualne.
– A pięszczenie czyli fisting?
– A to bardzo ładne! – powiedział Szumon swoim zwyczajem. 

Potem Karo pokazała mi swoją ranę na stopie.Już zdążyła się zrosnąć i prawie zupełnie wygoić, ale blizna będzie (zapewniał Plu).
– Mogę dotknąć? – zapytałam cicho.
– Możesz – opowiedziała Karo, ale jej nie uwierzyłam. Spojrzałam na Plu. Dopiero kiedy skinął przyzwalająco głową, dotknęłam. I opowiedziałam o gwoździu w stopie.

Jak byłam mała, Mama wysłała mnie na kolonie do Suśca. To były pierwsze i jedyne kolnie w moim życiu. Miały trwać trzy tygodnie, ale wytrzymałam tylko tydzień. Nie rozumiałam, dlaczego nie mogę trzymać swoich ubrań w walizce (szafa wydawała mi się brudna i śmierdząca), dlaczego muszę brać udział w głupich grach i zabawach, co jest śmiesznego w podrzucaniu koleżankom żab do łóżka i dlaczego pielęgniarka przyszła zapytać jak się czuję, kiedy po prostu chciałam spędzić popołudnie sama w pokoju. Któregoś dnia poszliśmy kąpać się do pobliskiego stawu. Nie bardzo lubię wchodzić do słodkiej wody. Boję się pijawek i smrodu. Ale weszłam, bo wszyscy, bo upał. Jak tylko się zanurzyłam, poczułam ukłucie. Woda wokół mojej stopy zrobiła się cieplejsza. Wiedziałam już, że coś jest nie tak. Podniosłam nogę tak, żebym mogła zobaczyć, co się stało, ale nie wynurzyłam jej na wszelki wypadek; żeby nikt inny nie mógł zobaczyć. Z grzbietu stopy sterczał zardzewiały gwóźdź, przy podeszwie znajdowała się stara deska, w którą ów gwóźdź był wbity. Krew tworzyła w wodzie bardzo ładne smugi. Próbowałam iść w stronę brzegu z tą deską, ale bolało, więc wyciągnęłam gwóźdź, szarpiąc za drewno. Podbiegłam do sowich rzeczy, uważając, żeby nikt niczego nie zauważył. Chwyciłam białą koszulkę, schowałam się za krzakiem i tak długo przyciskałam materiał do rany, aż krew przestała lecieć. Po tym zdarzeniu postanowiłam nie wychodzić z kolonijnego łóżka, aż ktoś mnie stamtąd nie zabierze. Mama przyjechała po dwóch dniach.
– To jezusowa opowieść! – skomentował Szumon.


– A te ryby to są magnesowe? – zapytał Plu, wskazując na kaloryfer.
– Tak, magnesowe i drewniane. Drewniana ryba piła – odpowiedziałam.
Otwieraliśmy kolejne butelki, opowiadaliśmy kolejne historie, coraz głośniej i coraz bardziej bez sensu. Potem chwilę tańczyliśmy i nadszedł czas pożegnania. Zrobiło mi się smutno, że zostanę sama w pustym domu.
– To chodźmy na dyskotekę!
– Pójdziemy na podryw? – upewniłam się.

I poszliśmy do taksówki. Karo z Plu pojechali inną, w swoją stronę. Staliśmy przez jakiś czas pod klubem z Szumonem i Gniewkiem, czekając na Mademoiselle, która poszła szukać bankomatu. Nie znalazła, ale w tym czasie mogliśmy zaobserwować prawdziwą lesdramę: jedna wybiegła, płacząc, a druga ją goniła, krzycząc, że nie będzie goniła. Gdy Mademoiselle wróciła na tarczy, zaproponowałam, żebyśmy poszli pod Lunę, tam na pewno jest bankomat. Szliśmy przyjemnie pijani, rozhuśtani nocą, trochę się śpieszyliśmy, a oni się ociągali, całowali.
– Mademoiselle, poczekajmy na te pedały!

Rano, kiedy obudziłam się bardzo poszkodowana tym winem i tymi tańcami, doczołgałam do łazienki, zobaczyłam, że ktoś każdej butelce z szamponem, mydłem, odżywką do włosów przyporządkował jedno plastikowe zwierzątko. Zrobiło mi się lepiej.

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

na sen

- Wiesz, mam ostatnio piękne i bardzo kolorowe sny. Latam albo pływam przez niezwykłe światy.
- To znaczy, że jesteś spokojna i szczęśliwa?
- Eee... nie, dostałam nowe tabletki na sen.