Na moim prawym ramieniu siedzi ptak z rodziny krukowatych.
Miarowo uderza dziobem, przebija skórę i drąży otwór w kości mojej czaszki. Próbuję ignorować
ból, dopóki to jest możliwe, potem łykam tabletkę. Strużka krwi ścieka po szyi
za kołnierz, rozmazuje się pod ubraniem, ale jestem sprytna. Zakładam czerwoną
koszulę, żeby nikt się nie domyślił, żeby wszyscy myśleli, że taki ze mnie
oryginał, co trzyma ptaka na ramieniu. Jest duży i ciężki. Są dni, kiedy trzepie
skrzydłami i wydaje głośne dźwięki, które zagłuszają wszystko: szum miasta,
śmiech przyjaciela, wyznania miłosne, prośby o pomoc. Stuka i łomocze, krzyczy
i kracze, a ja marzę o ciszy, o odrobinie niezbędnego spokoju. Czasem zasypia.
Wtedy rana zaczyna się goić, krew zasycha, niepewnie się uśmiecham. Zbyt szeroki
uśmiech sprawia, że skóra na głowie się porusza, a strup pęka. Wypływa świeża
krew, jej zapach budzi ptaka. Znowu dziobie.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śmiech. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą śmiech. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 19 czerwca 2014
poniedziałek, 17 czerwca 2013
romantyczność
Silva ma złamane serce. Próbuję ją
wspierać, ale kiepsko mi to wychodzi. Od bardzo dawna nie dałam
nikomu możliwości złamania sobie serca i już trochę zapomniałam,
jak to jest. Przy S. czuję się zimna i kamienna.
Opowiadała mi o różnych
romantycznych sytuacjach, które były i minęły.
– Któregoś dnia czekałam na niego
przez cały dzień ubrana tylko w zwiewną, czarną sukienkę.
Myślałam, że spłonę, a on to podsycał esemesami...
– Tak, znam to. Potem, jak już
przychodzi co do czego, okazuje się, że właściwie wszystko się
wydarzyło w tych esemesach, że już się nie chce, że chodziło
tylko o czekanie i można pójść spać. Albo osoba, na którą się
czekało, spóźnia się nieznośnie, robi ci się zimno, zakładasz
dres, chowasz się pod kocem i czytasz książkę do rana.
– Nieprawda! – oburzyła się z lekkim
uśmiechem.
– Prawda, prawda. To tak, jak z seksem
na plaży. W filmie wygląda romantycznie, a w rzeczywistości?
Piasek w ustach, we włosach i w cipce. Otarcia. Albo śniadanie do
łóżka. Okruchy pod tyłkiem, rozlana kawa, filiżanka, której nie
ma gdzie odstawić. Przed śniadaniem trzeba zrobić siku, umyć
zęby. Po co potem wracać do łóżka? Na seks to rozumiem, ale żeby
jeść? Bez sensu. A seks w kuchni? Kiedy boli kark, bo trudno się
zmieścić pod wiszącymi szafkami, trzeba uważać, żeby nie rozlał
się olej albo mleko, żeby nie zrzucić solniczki, nie nadziać się
na nóż. Zrywanie naręczy polnych kwiatów i razem z nimi
przynoszenie sobie do domu mszyc. Szczękanie zębami z zimna nocą
na moście i potem leczenie spierzchniętych ust. Dostawanie ciętych
kwiatów i obserwowanie, jak gniją, umierają, zaczynają
śmierdzieć...
wtorek, 28 maja 2013
serial familijny
W domu M. ogląda się telewizję.
Nawet to lubię, bo nie trzeba wtedy rozmawiać, nie jest się
odpytywanym, przepytywanym i pouczanym. Każdy upija się w
samotności.
Tego dnia był serial. Komediowy,
familijny. O typowej współczesnej rodzinie.
Ujęcie pierwsze: nastolatek siedzi
przy kuchennym stole, uczy się wiersza na pamięć, duka, wyraźnie
cierpi. Wchodzi serialowy ojciec. Chłopiec skarży się na
beznadzieję programu nauczania, na anachronizm, bo po co w erze
iPada uczyć się wierszy na pamięć? No po co? Przecież w każdej
chwili można wyguglować, gdyby była taka potrzeba.
– Bez serc, bez ducha, to szkieletów
ludy – natchnionym głosem recytuje serialowy ojciec. I dodaje: – Synu, tu chodzi o poszerzanie horyzontów, o kulturę narodową, o
to, że my z niego wszyscy. I jeszcze o trening pamięci.
Tyradę przerywa serialowa Matka Polka.
Z gracją porusza się z naręczem zakupów ubrana w kobaltową
spódnicę mini, jedwabną bluzkę w kolorze szmaragdów i
niebotyczne szpilki. Wchodzi ze stukiem, odstawia siatki, pyta
serialowego ojca:
– Zamówiłeś pizzę?
– Eee... zapomniałem. – odpowiada
skruszony. – Podasz mi numer telefonu? Powinien wisieć na lodówce.
– 522 63 22 – bez zająknięcia
recytuje z pamięci serialowy syn. Kurtyna.
Ujęcie drugie: serialowa matka, nadal
w miniówie i na szpilkach, stoi na dole schodów z koszem na brudną
bieliznę i krzyczy:
– Chłopaki! Chłopaki! Dajcie mi tu
swoje brudy! Wstawiam pranie! Chłopaki!
Po chwili zasypuje ją grad brudnych
skarpet, gaci, podkoszulków. Nic nie ląduje w koszu, wszystko na
matce lub obok niej. Kurtyna. M. wybucha śmiechem.
Ujęcie trzecie: serialowa matka, tym
razem już w dresie, odkurza pokój swojego serialowego syna. W
pewnym momencie odkurzacz przestaje ciągnąc, ona w krzyk:
- Luuudwik! Luuudwik! Chodź tu!
Odkurzacz się zepsuł!
Przychodzi serialowy ojciec, odpina
rurę, wyjmuje z niej marchewkę. Z triumfującą miną
wręcza żonie naprawiony odkurzacz, wychodzi bez słowa. Kobieta,
zadowolona, wraca do odkurzania. Kurtyna.
Nie wytrzymuję, wychodzę do kuchni,
głęboko oddycham. Z oddali słyszę salwy śmiechu. Zastanawiam
się, czy już zupełnie straciłam poczucie humoru?
środa, 27 marca 2013
pomieszało się
– Opowiem Ci mój sen – powiedziała B. w kawiarni. Siedziała naprzeciwko mnie, tyłem do sali.
B. jest moim świadkiem. Spotykamy się rzadko, ale regularnie i zawsze z niewzruszonym zrozumieniem przyjmuje kolejne rewelacje, opowieści i zmiany w moim życiu.
– Śniło mi się, że chodziłam po Neue Nationalgalerie. Początkowo nie do końca rozpoznałam to miejsce, było mgliste i zamazane, ale po chwili się zorientowałam. "O nie, to Berlin" pomyślałam.
– Nie znoszę Niemców! – wtrąciłam. – Teraz nawet jeszcze bardziej, odkąd mnie wyrzucili z pracy.
– Ja też nie lubię. Berlin jest niedomyty. Stara, i ten język niemiecki, na samo wspomnienie przechodzą mnie ciarki. I ten typ urody! Stwierdziłam, że skoro już tam jestem, pójdę obejrzeć obrazy Barnetta Newmana. Szłam w ich stronę, zamyśliłam się i nagle wpadłam na Davida Bowiego otoczonego tłumem ludzi. Każdy chciał sobie zrobić z nim zdjęcie. Pomyślałam, że to jest potwornie przykre i upierdliwe. Zero prywatności. I że dobrze się trzyma.
– Tak, też mi zawsze szkoda tych celebrytów, którzy nie mogą anonimowo przejść ulicą. Wszyscy się na nich gapią... – zawiesiłam głos i zapatrzyłam się w głąb sali na dziewczynę z wielkim ptasim piórem wytatuowanym na przedramieniu.
– Kto ci się tam podoba? – zapytała B.
– Jak to?! Skąd wiesz? – roześmiałam się nerwowo.
– Poczekaj – odwróciła się dyskretnie. – A, już wiem. No więc David Bowie podszedł do mnie i zapytał, czy może sobie zrobić ze mną zdjęcie.
B. jest moim świadkiem. Spotykamy się rzadko, ale regularnie i zawsze z niewzruszonym zrozumieniem przyjmuje kolejne rewelacje, opowieści i zmiany w moim życiu.
– Śniło mi się, że chodziłam po Neue Nationalgalerie. Początkowo nie do końca rozpoznałam to miejsce, było mgliste i zamazane, ale po chwili się zorientowałam. "O nie, to Berlin" pomyślałam.
– Nie znoszę Niemców! – wtrąciłam. – Teraz nawet jeszcze bardziej, odkąd mnie wyrzucili z pracy.
– Ja też nie lubię. Berlin jest niedomyty. Stara, i ten język niemiecki, na samo wspomnienie przechodzą mnie ciarki. I ten typ urody! Stwierdziłam, że skoro już tam jestem, pójdę obejrzeć obrazy Barnetta Newmana. Szłam w ich stronę, zamyśliłam się i nagle wpadłam na Davida Bowiego otoczonego tłumem ludzi. Każdy chciał sobie zrobić z nim zdjęcie. Pomyślałam, że to jest potwornie przykre i upierdliwe. Zero prywatności. I że dobrze się trzyma.
– Tak, też mi zawsze szkoda tych celebrytów, którzy nie mogą anonimowo przejść ulicą. Wszyscy się na nich gapią... – zawiesiłam głos i zapatrzyłam się w głąb sali na dziewczynę z wielkim ptasim piórem wytatuowanym na przedramieniu.
– Kto ci się tam podoba? – zapytała B.
– Jak to?! Skąd wiesz? – roześmiałam się nerwowo.
– Poczekaj – odwróciła się dyskretnie. – A, już wiem. No więc David Bowie podszedł do mnie i zapytał, czy może sobie zrobić ze mną zdjęcie.
niedziela, 7 października 2012
siemię lniane
U prababci Suchożebrskej w Michalinie był duży okrągły stół.
Stał pośrodku pokoju, wokół niego krzesła, w oknach szydełkowe kremowe firanki
i paprotki na niskich komodach wypełnionych książkami. Przy stole uczyła
angielskiego. Podczas lekcji nie wolno mi było wychodzić z maleńkiego pokoju, niewiele
większego od pojedynczego tapczanu, który tam stał. Przez zamknięte drzwi
słyszałam dukanie uczniów i podniesiony, spokojny ton prababci. Mieszkanie pachniało pastą do podłóg,
zaparzanym siemieniem lnianym i nienagannymi
angielskimi manierami. Bo prababcia była damą. Miała koronkowe rękawiczki, które
czasem naciągała na żylaste, maleńkie dłonie. Chodziła powoli, szurając nogami, ale mimo zgrabionych
pleców, podbródek utrzymywała zawsze równolegle do podłogi. Nigdy nie widziałam,
żeby coś jadła. Poza tym ciągnącym się, glutowatym siemieniem i garściami
tabletek.
Słabo ją pamiętam. Rzadko ją odwiedzaliśmy. Bałam się jej
starości. Obawiałam się, że jak mocniej dotknę jej cienkiej skóry, pęknie.
Wyobrażałam sobie, że prababcia jest wypełniona różową galaretką, w której są
zatopione białe kości. Lubiłam patrzeć na twarz pokrytą siateczką drobnych zmarszczek,
na siwe włosy splecione w koczek i na wypielęgnowane paznokcie. Głównie
patrzyłam. Bałam się przy niej odzywać.
Za każdym razem, gdy do niej przyjeżdżaliśmy, była mniejsza
i coraz rzadziej mówiła po polsku. Nie rozumiałam pięknej brytyjskiej
angielszczyzny, ale uwielbiałam jej słuchać. Belferskim tonem deklamowała wiersze,
dawała mi książki z disnejowskiej serii A Little Golden Activity Book i podręczniki
Anny Mikulskiej. I powoli znikała.
Pewnego dnia tata zaproponował, żebyśmy ją odwiedzili. Nie widziałam
jej dłuższy czas. Bardzo się zdziwiłam, że zamiast do michalińskiego
mieszkania, zawiózł mnie do brzydkiego budynku, w którym pachniało moczem,
starością i lekarstwami.
– Teraz tutaj mieszka – powiedział.
Leżała w łóżku maleńka i bardzo sucha. Przygniatała ją
wielka kołdra, a obok stał regał z książkami. Z babcinych rzeczy
rozpoznałam tylko zdjęcie młodego mężczyzny w marynarskim mundurze, które
zawsze stało przy jej tapczanie w Michalinie. Wiedziałam, że miał na imię
Wojtek i że umarł młodo. Dużo później posklejałam kawałki układanki: Wojtek, młodość
prababci, Pomorze, Westerplatte. Nie miała siły mówić, ale uśmiechnęła się na
mój widok. W pewnej chwili zaczęła cicho recytować. Nie pamiętam co to za wiersz,
ale było w nim słowo laugh.
– Co to znaczy? – zapytała. Przeraziłam się, bo teraz, kiedy
była taka słaba i krucha, musiałam się przyznać, że prawie nigdy nie
rozumiałam, co do mnie mówi. Po prostu lubiłam jej słuchać.
– Coś o miłości…? – wydusiłam z siebie. Roześmiała się zadziwiająco
głośno.
– Nie love tylko laugh. Pamiętaj, zawsze najpierw
laugh, potem love.
Subskrybuj:
Posty (Atom)