Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ważne rzeczy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ważne rzeczy. Pokaż wszystkie posty

sobota, 13 stycznia 2018

impreza

W tym roku skończę trzydzieści trzy lata, niepodległość sto, a nasz związek pięć. Ta gra nigdy mi się nie znudzi.
Wracam do domu. Niesie mnie wino, dochodzi północ. Chciałam jeszcze pójść w noc, w miasto, ale ona mówi, że sen, zmęczenie, trochę jej się nie chce. Dochodzę do bramy, już mam wpisywać kod, prawie czuję zapach pościeli rozgrzanej jej ciałem. Dzwoni.
– Gdzie jesteś?
– Na imprezie.
– A, to spoko. Myślałam, że się poślizgnęłaś.
– Na parkiecie?
– Na chodniku!
– Chyba na czerwonym dywanie.
Rozłączam się. Jeszcze trzy piętra, szczęk klucza, miauk kota. Zdejmuję ubranie w przedpokoju. Jej sen pachnie biszkoptami. 

środa, 18 maja 2016

Kilka pytań o miłość

Zastanawiam się ostatnio, czy Wy, którzy głosowaliście na […] i daliście przyzwolenie na to, co się teraz wyrabia, i którzy macie dzieci (małe, większe, przyszłe), myśleliście o tym, jaką przyszłość im gotujecie. Bo chyba kochacie to swoje obecne lub potencjalne potomstwo, co nie? Skąd ta pewność, że Wasze dzieci nie są homo? Że syn na ten przykład za pięć lat nie zakocha się w Michale albo że jego wybranka nie będzie chodziła w hidżabie? Skąd wiecie, że Wasza córka nie pokocha Muhammada na wakacjach w Egipcie albo Tatiany we Lwowie? Na jakiej podstawie budujecie swoją pewność, że płeć, którą wpisaliście/wpiszecie w metryce swojego dziecka, będzie właśnie tą, z która ono będzie się identyfikowało za dziesięć lat? Jakim trzeba być człowiekiem, żeby skazać własne dziecko na to, że może być prześladowane za to, że kocha? Dlaczego tak łatwo wysyłacie swoje dzieci na ulice, na których będą szykanowane, wyśmiewane i bite za to, kogo kochają? Dlaczego nie zależy Wam na tym, żeby zapewnić im dobrą, komfortową i bezpieczną przyszłość i zamiast miłości do nich, wybieracie hurra patriotyzm, nienawiść i rasizm? Wywyższanie się nad osobami o innym kolorze skóry, bojkotowanie kebabów ze względu na to, że sprzedaje je Ahmed, a nie z powodów zdrowotnych czy ekologicznych, to jest rasizm. Palenie podobizny Żyda, wymachiwanie krzyżem celtyckim, wyśpiewywanie o jednej rasie, białej rasie – to jest rasizm. Naprawdę takiego świata chcecie dla swoich dzieci?


To nie zgniła elita, nie zniechęcenie lub obrzydzenie poprzednią partią rządzącą są winne temu, że wybraliście tych, których wybraliście. To Wy jesteście za to odpowiedzialni. I zazdroszczę Wam umiejętności jasnowidzenia, zazdroszczę pewności, że sprawy LGBTQ, mniejszości wyznaniowych i osób o innym kolorze skóry Was nie dotyczą. Ja potrzebowałam mniej więcej dwudziestu pięciu lat, żeby odkryć swoją seksualność. Skąd ta pewność, że Wasze dzieci nie dojdą do podobnych wniosków? Naprawdę jesteście pewni, że mają prawo kochać jedynie białych heteroseksualnych katolików? Bo jeśli macie choć cień wątpliwości, to znaczy, że sprawy LGBTQ i rasizm są Waszymi sprawami. 

piątek, 24 października 2014

bezczas

Świdrujący pisk wierci dziurę w głowie. Boli, zgniata, miażdży. Nieposłuszne ciało zapada się pod ciężarem skotłowanej, gorącej kołdry. Powietrze jest stęchłe, oddech cuchnący. Powieki zbyt ciężkie i opuchnięte. Światło boli, dźwięki bombardują. Stuk łyżki o brzeg kubka, kłapnięcie drzwi lodówki, syk palącego się płomienia, szum wody. Wrzynają się w mózg. Cierpiący człowiek zawsze jest egoistą. Chodzi tylko o to, żeby już się skończyło, przestało. Żeby czas się zatrzymał, żeby nie było ciągu przyczynowo-skutkowego, żeby ta cudowna, zawsze miniona, chwila tuż przed dźwiękiem budzika, trwała wiecznie. Chwila, której nie sposób doświadczyć, bo istnieje tylko w postaci tęsknoty, potrzeby powrotu do tego, co było tak niedawno, przed sekundą i co umiera w momencie otwarcia oczu. Codziennie ta sama nadzieje, że dzień się nie zacznie, że nie będzie trzeba dotykać spoconymi stopami zimnej podłogi, że nigdy więcej nic się nie poruszy, że czas się zatrzyma, nie będzie planów, ani działań i ich efektów. Nic więcej się nie wydarzy, będzie spokój, cisza i bezczas.


Dlaczego to wszystko rozpoczyna się wcześniej, niż mogłoby się zacząć, chociaż wcale nie ma takiej potrzeby? Nie rozumiem czasu. Nie zgadzam się z jego regularnością, nie wyczuwam ciągłości. To nieprawda, że każda godzina trwa tyle samo. Nie znoszę tykających zegarów. Mam wrażenie, że siekają mi mózg, są narzędziem opresji. Nie spieszę się nawet wtedy, kiedy jestem już spóźniona. Odkąd pamiętam nienawidziłam poranków. Kiedy mieszkałam w Lublinie, chodziłam do Szkoły Podstawowej imienia Synów Pułku Ziemi Lubelskiej, która była największą podstawówką w województwie. Lekcje odbywały się w trzech turach, pierwsza zaczynała się o 7:30. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że można nie chodzić do szkoły, że cały ten opresyjny mechanizm to tylko umowa, która funkcjonuje wyłącznie wtedy, kiedy obie strony się nią przejmują. Potrzebowałam mniej więcej pięciu lat, żeby zrozumieć, że z tej zabawy można się wypisać i że naprawdę nikomu nic się z tego powodu nie stanie. To już nie te czasy, kiedy uczniom groziło realne niebezpieczeństwo, nie było kar cielesnych, zamykania w kozie, rodzice też mnie nie bili. Być może miałam szczęście. Kiedy zrozumiałam, że oceny to tylko cyfry wpisywane długopisem do dziennika, a gniew nauczycieli nie wynika z prawdziwej troski, tylko z ich poczucia niskiej wartości i potrzeby dominacji, przestałam się przejmować. Nie wstawałam na poranne lekcje, nie rysowałam szlaczków, nie czytałam Sienkiewicza. Ale kiedy jeszcze mieszkałam z Prawdziwą Rodziną, codziennie o 7:30 mąż mojej mamy otwierał z chrzęstem drzwi do mojego pokoju (bez pukania), zapalał górne światło i pogodnym głosem mówił: Pobudka! Każdego dnia byłam przekonana, że jeśli nie uda mi się wstać, to stanie się coś strasznego. Byłam pewna, że toczę walkę na śmierć i życie, i nawet nie chodzi o mnie, tylko o dobro całego świata i najbliższej rodziny. Bo poranna rutyna by się zachwiała, on spóźniłby się do pracy, a ja do szkoły. Weszłabym do klasy po dzwonku, nauczycielka byłaby wściekła, zrobiłaby mi coś bardzo nieprzyjemnego (tylko fizycznych kar się bałam), na dodatek przeszkodziłabym innym dzieciom w nauce, przez co nie dostałyby się na studia i musiałby do końca życia kopać rowy w zimie albo sprzątać szkolne korytarze (nie wyobrażałam sobie ciężej roboty, niż przerzucanie łopatą zmarzniętej ziemi i głupszej, niż jeżdżenie po szaroburym linoleum filcową szmatą nawiniętą na ogromną miotłę, i do tego ten poliestrowy fartuch w brzydkie kwiatki!) Nie życzyłam tak źle kolegom i koleżankom z klasy, a przynajmniej nie chciałam brać odpowiedzialności za ich studia, więc wstawałam, szybkim ruchem ścigałam z krzesła ubrania przygotowane poprzedniego dnia wieczorem i wracałam z nim pod kołdrę. Tam w ciepłym namiocie oszukiwałam czas, zdejmując piżamę i zakładając czyste rzeczy. Bez mycia się. Dzięki temu unikałam najgorszej chwili zderzenia z zimną rzeczywistością. Wychodziłam z łóżka ubrana, gotowa na nowy dzień, jakby nigdy nie spotkało mnie piękno i ciepło nocy, nic, za czym mogłabym tęsknić. Dzień przechodził w dzień, snu nie było.

czwartek, 5 czerwca 2014

żmija



Czytam w gazecie, że żmija zjadła wija, a potem wij postanowił ją zjeść od środka, i marzę.

Znam jedną żmiję. Żmija pełza zygzakiem, syczy i knuje. Pożąda złota i blasku sławy, w którym mogłaby się wygrzewać na fotelu w za drogiej kawiarni. Jest pyszna i próżna, ceni kiepską literaturę, ludzi z pomalowanymi paznokciami i nie lubi się ruszać. Hoduje kury, które są jej wdzięczne za to, że pomogła im wyjść z kurnika na podwórko. Dotąd oglądały je przez brudne, małe okienko. Wydawało im się, że w trawie kryją się niezliczone ziarna i dżdżownice, w których można z radością przebierać; że będą mogły spacerować, podfruwać na płotek i patrzeć na słońce. Podwórko okazało się jałowym klepiskiem zarządzanym przesz kłębowisko węży. Raz na miesiąc któryś z nich rzuca kurom garść ziaren niewystarczającą, żeby wszystkie mogły się najeść do syta, ale odrobinę większą niż ta, którą dostawały w kurniku. Gdaczą i dziobią wokół żmii z nadzieją na przyjaźń lub chociaż odrobinę życzliwości. Żmija czasem nawet rzuci im parę dodatkowych ziaren. Czują się wtedy bezpieczne i docenione. Wszystko po to, żeby wzbudzić ich wdzięczność. Wdzięczna kura jest posłuszna, przymyka oko na niemoralne zachowania żmii i innych węży. Udaje, że nie rozumie przeciwko czemu i po co należy się buntować. Kury nie wiedzą, że żmija co wieczór wkłada do plastikowego pojemnika panierowane i smażone w głębokim tłuszczu kawałki drobiu i posila się nimi bez wyrzutów sumienia. Kury do tego stopnia nie wiedzą, że mówią jej „smacznego” podczas przerwy obiadowej, czasem nawet zagadują o przepis, komplementują zapach. 

Marzę o tym, żeby kiedyś kura zjadła żmiję od środka.

środa, 19 marca 2014

Apocalypse. Now!



Rano w tramwaju dziewczyna w niebieskim szaliku niechlujnie żuje gumę. Nadmuchuje balon. Patrzę przez okno. Samochód nie zdążył zahamować, wjeżdża w tłum ludzi, którym nie chciało się poczekać, aż czerwone zmieni się w zielone. Okulary spadają, pomarańcze się rozsypują, wiat porywa apaszkę. Tuż za rondem ciężarówka wbija się w tył autobusu. Blacha gnie się jak liście sałaty, szyby wybuchają milionem brylantów, opony malują na asfalcie secesyjne wzory. Most wali się pod ciężarem pociągu, który jak bezwładna gąsienica zsuwa się do rzeki. Ostatkiem sił próbuje utrzymać się na skrawku śliskiego toru, podciągnąć na zerwanej sieci trakcyjnej. Nic z tego. Wszyscy zginą. Pęka balustrada na moście. Przyczepione do niej kłódki, znaki wiernej nieskończonej miłości, lecą do brudnej wody jak paciorki (szklane, oczywiście). Dzikie, nieśmiałe dotąd zwierzęta, które skrywały się w bebechach miasta, odzyskują śmiałość, wychodzą z ukrycia. Już nie wystarczą im resztki, śmiecie i odpadki. Szczury ciągną kawał Grana Padano z pobliskich delikatesów, bezdomne psy rozszarpują jamóna serrano. Odpada tynk, pękają szyby, drżą ulice. Ludzie uciekają w popłochu, nie wiedząc, że nigdzie nie jest lepiej. Wszyscy umrą. Uśmiecham się. Balon pęka. Dziewczyna w niebieskim szaliku zlizuje resztki gumy z czerwonych ust.

środa, 19 lutego 2014

na puszczy



Nade mną mieszka kobieta, która krzyczy. Pierwszej nocy pragnęłam wykazać się miłosierdziem. Dobrym człowiekiem być, się czuć, pomoc społeczną zawiadomić. Może nawet z synem tej pani pogadać, że to niehumanitarne, że matka przyrasta do łóżka i cierpi. Albo straż miejską wezwać. Może pomogą drzwi sforsować, cierpienie złagodzić, albo chociaż jęki wyciem karetki uciszyć. Drugiej nocy wspinałam się na szczyt empatii, chciałam zrozumieć, jak się czuje ktoś, kto nie może wstać z łóżka. Być może Mariola faktycznie jest w kuchni albo w drugim pokoju i nie słyszy wołania? Może trzeba jeszcze głośniej, jeszcze wytrwalej, aż do piątej nad ranem? A może nie chce słyszeć? Albo nie żyje? Może umarła w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym siódmym, ale kobieta z piątego piętra (mieszkam na czwarty) jeszcze się nie zorientowała? Bo leży w łóżku od osiemdziesiątego trzeciego i trochę jej się lata mylą? Miesza się czas teraźniejszy z przeszłym. To normalne kiedy jest się zależnym. Trzeciej nocy miłosierdzie i empatia wysiadają. Marzę o tym, żeby już umarła. Żeby z krótkiego, przerwanego snu nie wyrywał mnie krzyk zza ściany: boże, boże, niech się ktoś zlituje!  Wyobrażam sobie, że wyważam drzwi i włamuję się tam po to, żeby roztrzaskać jej głowę siekierą (nie mamy w domu siekiery). Nie potrafię wykrzesać z siebie współczucia, ani dobrej woli. Chcę spać.

poniedziałek, 16 grudnia 2013

rozwód duszy z ciałem

Strony nie zawierały umów małżeńskich. Obecny stan więzi pomiędzy małżonkami prowadzi do wniosku, że nastąpił jednoznaczny rozpad pożycia małżeńskiego o charakterze trwałym, uzasadniony przez śmierć.

Strony poznały się w roku 195..., zamieszkiwały wspólnie przez przeszło 60 lat. W początkowym okresie trwania małżeństwa pomiędzy małżonkami nie występowały problemy i małżeństwo funkcjonowało prawidłowo, dopiero po upływie znacznego okresu czasu Pozwany zaczął się domagać więcej uwagi i opieki, stawał się bardziej zależny i wymagający, gdy tymczasem Powódka dążyła do samodzielności oraz niezależności.

Pod koniec roku 2013 konflikty i nieporozumienia pomiędzy małżonkami się nasiliły. Wynikały z niezgodności stron w zakresie celów życiowych oraz zainteresowań. Strony posiadały odmienne kręgi znajomych, coraz więcej czasu spędzały oddzielnie, a w trakcie wspólnego przebywania nie umiały nawiązać prawidłowego kontaktu. Nasiliły się również między nimi kłótnie, a małżonkowie nie potrafili już podejmować decyzji w najważniejszych kwestiach. Oboje zauważyli, że nie są w stanie dalej funkcjonować w tym związku, jednakże starali się podjąć próbę naprawy istniejącej sytuacji. Prowadzili rozmowy w celu poprawy ich wzajemnych relacji, a także zasięgali porad najznamienitszych przedstawicieli medycyny konwencjonalnej oraz niekonwencjonalnej, jednakże próby te nie przyniosły żadnych trwałych i pożądanych efektów, gdyż strony coraz bardziej się od siebie oddalały.

Na skutek trwającego złego stanu pomiędzy stronami, na wyraźną prośbę Powódki, małżonkowie podjęli decyzję o separacji. Od tego czasu ustało między stronami współżycie fizyczne.

Uczucie między małżonkami wygasło i nie widzą oni szans na dalsze trwanie związku. W sposób ugodowy, przy niewielkim udziale osób trzecich oraz sprzętu medycznego, rozstrzygnęli oni wszystkie kwestie związane ze swoimi relacjami. Majątku wspólnego nigdy nie posiadali.

Przesłuchanie stron wydaje się niemożliwe z przyczyn ontologicznych.

piątek, 12 lipca 2013

freedom is a choice

Zawsze, kiedy mam wrażenie, że coś mi się wymyka, nie ogarniam rzeczywistości i emocji, robię sobie listę. Ta lista to tabelka w Excelu, z trzema rubrykami: „mam”, „chcę” i „boję się”. Potem zakreślam słowa-klucze, które pomagają mi ustalić priorytety i za każdym razem się dziwię, bo jakby mnie ktoś zapytał, to mam, chcę i boję się zupełnie innych rzeczy, niż wynika z tabelki. Ona nigdy się nie myli, a dzisiejsza zdefiniowała wszystko, trafiła w punkt, w sedno. Nadaje się na tatuaż. Wolność, pieniędzy, seksu, kłótni, kontroli, zaangażować.

– Myślisz czasem o tym napisie? – zapytała Mrt, dotykając mojego tatuażu.
– Bardzo często. Właściwie co chwilę. Miałam kiedyś ciotkę. To znaczy: nadal ją mam, ale już nie jest bliska. Wtedy mi się wydawało, że jest jedyną osobą, która mnie rozumie. Zabierała mnie na przejażdżki zdezelowanym, czerwonym dużym fiatem dziadka. To były jedne z najszczęśliwszych chwil, jakie pamiętam z dzieciństwa. Krzyczałyśmy „Bucior!” przy przyspieszaniu i „Bujać się, kasztany!”, kiedy robił się korek. Potem M. rozwiodła się z moim ojcem, a ona wyjechała. Przysyłała mi lalki Barbie ze Stanów. I spinki do włosów. Zawsze podekscytowana otwierałam wielkie, rozerwane na poczcie pudło. A potem szybko rzucałam całe to różowe badziewie w kąt. Moje włosy nie nadawały się do spinek, były zbyt niesforne, kręcone, skudlone i posklejane błotem, a lalkami bawiłam się w lesbijski seks. Parę lat później wróciła, z czego bardzo się cieszyłam. Myślałam, że zrozumie. A ona, jak tylko się dowiedziała, co zrobiłam, gdzie mieszkam i że uciekłam, powiedziała: Ta miłość do wolności kiedyś cię zgubi. Wtedy przestałam ją kochać. Miałam dwanaście lat i wiedziałam, jaki chcę mieć tatuaż. Przez kolejne piętnaście lat szukałam odpowiedniej czcionki.

wtorek, 2 lipca 2013

wilk

Kiedy pracowałam w żłobku, moim ulubionym dzieckiem był Mati, który bardzo chciał zostać wilkiem. Nieświadomie rozbudziłam w nim to pragnienie. Wymyślałam dzieciom rożne zabawy, często wokół książek, które im czytałam. Znałam się tylko na klockach, książkach i wuefie. Ciężko mi przychodziła zabawa lalkami, jeszcze gorsza byłam w zaplataniu włosów i upinaniu w nich różowych spinek. Mati był najgorszym z niegrzecznych chłopców. Polubiliśmy się pierwszego dnia, kiedy jeszcze dość nieśmiała zaglądałam z ciekawością do sali starszaków (zaczynałam pracę w grupie zasikanych i niemych maluchów). Zawsze mnie zauważał w szparze drzwi i krzyczał: „Halo, Agnieszkaaaaaa!” „Haaaaalo!” odpowiadałam, a po chwili słyszałam przyciszony głos Pani od Starszaków: „Dzień dobry, ciociu Agnieszko się mówi”. Byłam bardzo zadowolona, że żadnemu dziecku nie przechodziło przez gardło nazywanie mnie ciocią. Po pewnym czasie poszłam na zastępstwo do starszaków i już tam zostałam, ku uciesze Matiego i kilku innych łobuziaków.

Pewnego dnia czytałam bajkę o Czerwonym Kapturku, powoli, po dwa zdania, a oni mieli wydawać wszystkie odgłosy, które mogłyby się tam pojawić. Wtedy Mati odkrył, że jest wilkiem. Od tej pory wył za każdym razem, kiedy coś mu się nie podobało albo bardzo mu się podobało, albo kiedy się nudził, kiedy tęsknił i kiedy się cieszył. Wył prawie bez przerwy, a ciocie coraz bardziej go nie lubiły. Wył aż do Gwiazdki.

Tuż przed Świętami do dzieci miał przyjść Mikołaj, a po spotkaniu z nim miał się odbyć bal przebierańców. Od rana wszystkie starszaki były bardzo podekscytowane, uciekały z sali do szatni, gdzie wisiały przygotowane kostiumy, podglądały i dopytywały, czy już, kiedy i czy za chwilę. Mati nie przyniósł kostiumu. Mama ubrała go w dżinsy, koszulę w kratę, zawiązała mu aksamitkę pod szyją i oznajmiła, że będzie kowbojem. Było mi trochę przykro, bo wszystkie królewny, śnieżynki i Zorro mieli skomplikowane przebrania wyszukane w najdroższych wypożyczalniach. Nawet przez chwilę głowiłam się nad zabawą, w której to kowboj byłby głównym bohaterem, żeby zrekompensować mu ubogi strój. Niedługo przed nadejściem Mikołaja, kiedy mąż jednej z właścicielek przyklejał sobie brodę z waty, do sali zapukał tata Matiego. Konspiracyjnym szeptem poprosił, żebym wyszła i przeprosił, że tak w ostatniej chwili, ale nigdzie w Warszawie nie mógł znaleźć odpowiedniego kostiumu. Zawołaliśmy Matiego. Poprosiliśmy, żeby w żadnym wypadku nie otwierał oczu i niezgrabnie, trochę szarpiąc i wyginając jego spore jak na trzylatka ciało, próbowaliśmy upchnąć je w przyciasny kostium z gąbki.
– Jestem wilkiem!!! – wrzasnął, kiedy pozwoliliśmy mu otworzyć oczy i przejrzeć się w lustrze.

Mikołaj trochę się spóźnił. Zniecierpliwione dzieci co chwilę biegały do łazienki sprawdzić, czy kostiumy odpowiednio leżą, czy korony się nie przekrzywiły, czy peleryny ładnie powiewają. Kiedy Święty w końcu wszedł do sali, wszystkie zamarły przestraszone. Żadne nie chciało podejść do niego samo, żadne nie powiedziało wierszyka ani nie zaśpiewało piosenki. Speszone, ze spuszczonymi głowami odbierały swoje prezenty i szybko uciekały w najdalszy kąt. A Mati wył wniebogłosy. Pocił się i drętwiał w niewygodnym, za małym kostiumie, ale nie pozwolił go sobie zdjąć lub chociaż rozpiąć zamka. Wył i promieniał szczęściem.

rys. Marta Zabłocka
                       

poniedziałek, 17 czerwca 2013

romantyczność

Silva ma złamane serce. Próbuję ją wspierać, ale kiepsko mi to wychodzi. Od bardzo dawna nie dałam nikomu możliwości złamania sobie serca i już trochę zapomniałam, jak to jest. Przy S. czuję się zimna i kamienna.

Opowiadała mi o różnych romantycznych sytuacjach, które były i minęły.
– Któregoś dnia czekałam na niego przez cały dzień ubrana tylko w zwiewną, czarną sukienkę. Myślałam, że spłonę, a on to podsycał esemesami...
– Tak, znam to. Potem, jak już przychodzi co do czego, okazuje się, że właściwie wszystko się wydarzyło w tych esemesach, że już się nie chce, że chodziło tylko o czekanie i można pójść spać. Albo osoba, na którą się czekało, spóźnia się nieznośnie, robi ci się zimno, zakładasz dres, chowasz się pod kocem i czytasz książkę do rana.
– Nieprawda! – oburzyła się z lekkim uśmiechem.
– Prawda, prawda. To tak, jak z seksem na plaży. W filmie wygląda romantycznie, a w rzeczywistości? Piasek w ustach, we włosach i w cipce. Otarcia. Albo śniadanie do łóżka. Okruchy pod tyłkiem, rozlana kawa, filiżanka, której nie ma gdzie odstawić. Przed śniadaniem trzeba zrobić siku, umyć zęby. Po co potem wracać do łóżka? Na seks to rozumiem, ale żeby jeść? Bez sensu. A seks w kuchni? Kiedy boli kark, bo trudno się zmieścić pod wiszącymi szafkami, trzeba uważać, żeby nie rozlał się olej albo mleko, żeby nie zrzucić solniczki, nie nadziać się na nóż. Zrywanie naręczy polnych kwiatów i razem z nimi przynoszenie sobie do domu mszyc. Szczękanie zębami z zimna nocą na moście i potem leczenie spierzchniętych ust. Dostawanie ciętych kwiatów i obserwowanie, jak gniją, umierają, zaczynają śmierdzieć...

wtorek, 28 maja 2013

serial familijny

W domu M. ogląda się telewizję. Nawet to lubię, bo nie trzeba wtedy rozmawiać, nie jest się odpytywanym, przepytywanym i pouczanym. Każdy upija się w samotności.

Tego dnia był serial. Komediowy, familijny. O typowej współczesnej rodzinie.

Ujęcie pierwsze: nastolatek siedzi przy kuchennym stole, uczy się wiersza na pamięć, duka, wyraźnie cierpi. Wchodzi serialowy ojciec. Chłopiec skarży się na beznadzieję programu nauczania, na anachronizm, bo po co w erze iPada uczyć się wierszy na pamięć? No po co? Przecież w każdej chwili można wyguglować, gdyby była taka potrzeba.
– Bez serc, bez ducha, to szkieletów ludy – natchnionym głosem recytuje serialowy ojciec. I dodaje: – Synu, tu chodzi o poszerzanie horyzontów, o kulturę narodową, o to, że my z niego wszyscy. I jeszcze o trening pamięci.
Tyradę przerywa serialowa Matka Polka. Z gracją porusza się z naręczem zakupów ubrana w kobaltową spódnicę mini, jedwabną bluzkę w kolorze szmaragdów i niebotyczne szpilki. Wchodzi ze stukiem, odstawia siatki, pyta serialowego ojca:
– Zamówiłeś pizzę?
– Eee... zapomniałem. – odpowiada skruszony. – Podasz mi numer telefonu? Powinien wisieć na lodówce.
– 522 63 22 – bez zająknięcia recytuje z pamięci serialowy syn. Kurtyna.

Ujęcie drugie: serialowa matka, nadal w miniówie i na szpilkach, stoi na dole schodów z koszem na brudną bieliznę i krzyczy:
– Chłopaki! Chłopaki! Dajcie mi tu swoje brudy! Wstawiam pranie! Chłopaki!
Po chwili zasypuje ją grad brudnych skarpet, gaci, podkoszulków. Nic nie ląduje w koszu, wszystko na matce lub obok niej. Kurtyna. M. wybucha śmiechem.

Ujęcie trzecie: serialowa matka, tym razem już w dresie, odkurza pokój swojego serialowego syna. W pewnym momencie odkurzacz przestaje ciągnąc, ona w krzyk:
- Luuudwik! Luuudwik! Chodź tu! Odkurzacz się zepsuł!
Przychodzi serialowy ojciec, odpina rurę, wyjmuje z niej marchewkę. Z triumfującą miną wręcza żonie naprawiony odkurzacz, wychodzi bez słowa. Kobieta, zadowolona, wraca do odkurzania. Kurtyna.

Nie wytrzymuję, wychodzę do kuchni, głęboko oddycham. Z oddali słyszę salwy śmiechu. Zastanawiam się, czy już zupełnie straciłam poczucie humoru?

wtorek, 21 maja 2013

gwóźdź

– Jest jedna rzecz, której nigdy nie możesz mi zrobić. – powiedziałam do P. na samym początku. – To jest coś, co sprawia, że tracę nad sobą kontrolę; czuję się wtedy naga i bezsilna, a poczucie bezsilności budzi we mnie agresję. Bo to było tak: miałam wtedy sześć, może siedem lat. Mieszkaliśmy w Lublinie, na pewno jeden z moich młodszych braci już był na świecie. Drugi mógł się jeszcze nie urodzić albo był tak mały, że nieistotny. Bardzo często przyjeżdżaliśmy w odwiedziny do Czwartej Babci, u której w dużej mierze się wychowywałam. W przedpokoju szeregowego domu babci i dziadka była boazeria. Pamiętam ją bardzo dobrze, bo kiedy byłam zła albo chciałam być złośliwa, wydłubywałam z niej malutkie gwoździe. Czasem też wpychałam sęki do środka. Robiły się dziury, których babcia nie znosiła. Była na mnie wściekła, ale nie chciała tego okazać. Mówiła coś w stylu: „Dziecko, co ty robisz! Idź się pobawić!” i wracała do szykowania jedzenia. A ja szłam do innego zakamarka domu i próbowałam wymyślić kolejną zabawę, która tak bardzo ją zdenerwuje, że będzie musiała na mnie krzyknąć, że być może się nie pohamuje i trzaśnie mnie ścierką przez łeb. Wiedziałam, że nigdy nic mi nie zrobi. Nie znosiłam tej nieuczciwości, w której zło nie było karane, tej pokornej miłości podszytej współczuciem i rozczarowaniem, troski podyktowanej obowiązkiem. Któregoś dnia, kiedy siedziałam w kącie i wydłubywałam gwoździk, padł rozkaz, że wszyscy jako rodzina idziemy do kościoła. Zbaraniałam. Nigdy nigdzie nie chodziliśmy jako rodzina, a tym bardziej nie do kościoła. M. zawsze powtarzała, że popełniła najcięższy grzech złamania przysięgi i nie może tam chodzić (przyjęłam to ze zrozumieniem, bo wydawało mi się oczywiste, że rozwód z moim ojcem jest najcięższym grzechem, którego nigdy – byłam wtedy tego pewna – jej nie wybaczę). Stałam tyłem do ściany pokrytej boazerią i próbowałam pytać, tłumaczyć, potem krzyczeć, że nie chodzimy do kościoła, że nie mogą mówić, że coś muszę, skoro wcale nie muszę, bo tego nie robiłam do tej pory, że nie mogą mnie zmuszać do pójścia, że jak nie przestaną, to zadzwonię do taty i powiem mu, że mnie zmuszają, a on przecież tyle razy powtarzał, że Kościół to bzdura, że chodzą tam durni ludzie, a ja nie chcę być durna. I że nie można mi mówić, co mam robić. A oni, z babcią na czele, tylko: „Ubieraj się, zaraz wychodzimy” i „Skończ już z tym gadaniem”. Wbijałam sobie gwoździk coraz głębiej pod paznokieć, coraz bardziej łzy zalewały mi gardło, coraz bardziej czułam się rozhisteryzowanym dzieckiem. W pewnym momencie babcia podeszła, chwyciła mnie za łokieć, wykrzywiła twarz i, naśladując moje łkanie, wydała z siebie dźwięk, który brzmiał mniej więcej jak „nenene-nenene”. Wyszarpnęłam się z jej uścisku, krzyknęłam, że tak nie można i poczułam, jak moja zaciśnięta pięść ześlizguje się po jej delikatnym, miękkim, przypudrowanym policzku.

Uciekłam przestraszona do łazienki, zamknęłam się od środka i siedziałam tam dość długo. Nie poszłam do kościoła. Już nigdy nikt mnie do tego nie zmuszał. Czwarta Babcia nadal czasem mnie przedrzeźnia (nauczyłam się walić w ścianę, nie w nią), M. nadal nigdy nie staje w mojej obronie, a boazeria została niedługo po tym wydarzeniu zdjęta ze ścian. Przez pewien czas myślałam, że to z powodu pobicia babci lub powyciąganych gwoździ, ale potem się okazało, że po prostu była brzydka. A ja nadal nie umiem się powstrzymać, kiedy ktoś mnie przedrzeźnia. P. wie coś na ten temat.

rys. Marta Zabłocka

sobota, 15 września 2012

edukacja u podstaw

Wbiegam do metra. Rzucam się na wolne miejsce. Sprzączki pobrzękują, włosy zasłaniają mi oczy. Potrącam kogoś, nie przepraszam. Czytam. W wagonie jest dużo dzieci. Robią hałas. Nauczycielki nerwowo pokrzykują, próbują ogarnąć wzrokiem całą grupę. Koło mnie siedzi dziewczynka. Nie może mieć więcej niż siedem-osiem lat. Przygląda mi się. Czyta z mojej zakładki do książki: "Pi-sać trze-ba krw-krwią,  tru-ci-zną, żół-cią, byle nie li-mfą."

wtorek, 28 sierpnia 2012

mi nie czyli zygota


Dwie kreski. Było jak zwykle. Dwie kreski, które zmieniły wszystko. Niezauważalna chwila, która wpływa na wszystko. Na to, że nigdy więcej, i na to, że kochać jest ważne. Cholernie ważne. Uporczywe wsłuchiwanie we własne, tak dobrze znane ciało, żeby coś się stało, poruszyło, zaistniało. A tu cisza.

Maszyna mówi, że jest. Testy, milion testów, mówią,  że jest, ale nie ma. Druga kreska. Ale czy można wierzyć drugiej kresce? Przez chwilę szał, panika, radość, ból, obawa. Człowiek zwany zarodkiem, zygotą. Bo feminizm, bo tak poprawniej, ale jednak boli. Boli, że jeszcze nie człowiek. Nudne, głupie czekanie. Nudna, głupia samotność. Myśl jedna, jedyna: „co zrobić, żeby było dobrze, żeby nie umarł?”
 
- Krwawię. Muszę jechać. Do św. Zofii.
Mi nie. Kroplówka. Będzie pani lepiej. Zaraz się uspokoi. Ale ta krew?! Proszę o wezwanie serwisu sprzątającego do gabinetu nr 3. Ale ta krew to...

Kroplówka. Na korytarzu, bo zdrowa, organizm sam się oczyści. Tylko kroplówka i do domu. Nie, nie trzeba zwolnienia. Nic nie trzeba. Idź, kochaj, idź. Następnym razem się uda. Zawsze następnym razem. Nie ma następnego razu.

Komórki obumarły jak złuszczony naskórek. Nic specjalnego, nic wielkiego. Małe to, słabe. Tylko że ja już zdążyłam się zabać. Zabać o los zygoty, o jej przyszłe studia i o model wózka. Przez chwilę.