Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pretekst. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pretekst. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 5 czerwca 2014

żmija



Czytam w gazecie, że żmija zjadła wija, a potem wij postanowił ją zjeść od środka, i marzę.

Znam jedną żmiję. Żmija pełza zygzakiem, syczy i knuje. Pożąda złota i blasku sławy, w którym mogłaby się wygrzewać na fotelu w za drogiej kawiarni. Jest pyszna i próżna, ceni kiepską literaturę, ludzi z pomalowanymi paznokciami i nie lubi się ruszać. Hoduje kury, które są jej wdzięczne za to, że pomogła im wyjść z kurnika na podwórko. Dotąd oglądały je przez brudne, małe okienko. Wydawało im się, że w trawie kryją się niezliczone ziarna i dżdżownice, w których można z radością przebierać; że będą mogły spacerować, podfruwać na płotek i patrzeć na słońce. Podwórko okazało się jałowym klepiskiem zarządzanym przesz kłębowisko węży. Raz na miesiąc któryś z nich rzuca kurom garść ziaren niewystarczającą, żeby wszystkie mogły się najeść do syta, ale odrobinę większą niż ta, którą dostawały w kurniku. Gdaczą i dziobią wokół żmii z nadzieją na przyjaźń lub chociaż odrobinę życzliwości. Żmija czasem nawet rzuci im parę dodatkowych ziaren. Czują się wtedy bezpieczne i docenione. Wszystko po to, żeby wzbudzić ich wdzięczność. Wdzięczna kura jest posłuszna, przymyka oko na niemoralne zachowania żmii i innych węży. Udaje, że nie rozumie przeciwko czemu i po co należy się buntować. Kury nie wiedzą, że żmija co wieczór wkłada do plastikowego pojemnika panierowane i smażone w głębokim tłuszczu kawałki drobiu i posila się nimi bez wyrzutów sumienia. Kury do tego stopnia nie wiedzą, że mówią jej „smacznego” podczas przerwy obiadowej, czasem nawet zagadują o przepis, komplementują zapach. 

Marzę o tym, żeby kiedyś kura zjadła żmiję od środka.

środa, 19 marca 2014

Apocalypse. Now!



Rano w tramwaju dziewczyna w niebieskim szaliku niechlujnie żuje gumę. Nadmuchuje balon. Patrzę przez okno. Samochód nie zdążył zahamować, wjeżdża w tłum ludzi, którym nie chciało się poczekać, aż czerwone zmieni się w zielone. Okulary spadają, pomarańcze się rozsypują, wiat porywa apaszkę. Tuż za rondem ciężarówka wbija się w tył autobusu. Blacha gnie się jak liście sałaty, szyby wybuchają milionem brylantów, opony malują na asfalcie secesyjne wzory. Most wali się pod ciężarem pociągu, który jak bezwładna gąsienica zsuwa się do rzeki. Ostatkiem sił próbuje utrzymać się na skrawku śliskiego toru, podciągnąć na zerwanej sieci trakcyjnej. Nic z tego. Wszyscy zginą. Pęka balustrada na moście. Przyczepione do niej kłódki, znaki wiernej nieskończonej miłości, lecą do brudnej wody jak paciorki (szklane, oczywiście). Dzikie, nieśmiałe dotąd zwierzęta, które skrywały się w bebechach miasta, odzyskują śmiałość, wychodzą z ukrycia. Już nie wystarczą im resztki, śmiecie i odpadki. Szczury ciągną kawał Grana Padano z pobliskich delikatesów, bezdomne psy rozszarpują jamóna serrano. Odpada tynk, pękają szyby, drżą ulice. Ludzie uciekają w popłochu, nie wiedząc, że nigdzie nie jest lepiej. Wszyscy umrą. Uśmiecham się. Balon pęka. Dziewczyna w niebieskim szaliku zlizuje resztki gumy z czerwonych ust.

czwartek, 13 grudnia 2012

tramwaj zwany pożądaniem



„Las Vegas 24h Alkohole” nachalnie odbija się w szybie tramwaju. Siedzę wciśnięta w kurtkę, za dużą czapkę, udaję, że przedświąteczny tłok mnie nie dotyczy. Patrzę na długie, zadbane włosy dziewczyny, która siedzi przede mną. Roześmianym głosem ze wschodnim akcentem mówi coś do drugiej, stojącej nad nią. Co chwilę odchyla głowę do tyłu i porusza nią na boki z odrobiną nieświadomej kokieterii. W pewnym momencie stojąca powoli zdejmuje rękawiczkę i dłonią pianistki przeczesuje włosy siedzącej. Najpierw od niechcenia, niby przypadkiem, jakby chciała zdjąć niewidoczną nitkę albo poprawić zabłąkany kosmyk, ale po chwili coraz głębiej zatapia w nich dość długie, czerwone paznokcie. Rozmowa cichnie, dziewczyna przede mną nieznacznie pochyla głowę do przodu, żeby pożądliwa dłoń mogła dosięgnąć ucha, zsunąć się po karku. Czuję zapach szamponu i ciarki na plechach. Tramwaj zatrzymuje się na przystanku, dziewczyny wysiadają roześmiane, wracają do przerwanej rozmowy, jakby nic się nie wydarzyło.

poniedziałek, 15 października 2012

true blood

O pierwszej w nocy wyrywał mnie z wieczornego półsnu nad książką, wyciągnął z kieliszka z winem i powiedział:

– Bank chce ode mnie kolejnego tysiąca do raty kredytu. Postanowiłem pożegnać się z tym światem. Myślę, jak to zrobić, żeby wyglądało na wypadek. Wszystko jest na Ciebie zapisane. Idź już. No idź! 

Przez resztę nocy obmyślałam plan pogrzebu. W telefonie zrobiłam listę osób, do których muszę zadzwonić. Nie była długa. Zastanawiam się nad kolorem i wzorem urny. Przejrzałam ofertę domów pogrzebowych: paskudne, zdobione naczynia, najczęściej marmurowe lub metalowe albo drewniane na wysoki połysk. Wszystkie w stylu meblościanki. Zastawiałam się, czy mogłabym wykorzystać jago kubek z jeleniem, o który mi kiedyś zrobił karczemną awanturę, bo myślał, że go zbiłam i nie chcę się przyznać. Znalazłam potem ten kubek na balkonie, z resztkami niedopitej kawy. Nic nie powiedziałam. Umyłam, odstawiłam na miejsce. Albo mogłabym go pochować w butelce po czerwonym winie. Spodobał mi się ten pomysł. Pieczołowicie zdarłabym etykietę, wsypałabym jego prochy i zatkałabym korkiem. List w butelce i dżin w lampie. Dobierałam w myślach czarne spodnie do czarnych butów, skórzaną kurtkę do przekrwionych oczu. Obliczałam, ile butelek alkoholu musiałabym kupić na stypę, a oczyma wyobraźni widziałam kobiety w szpilkach na jego lakierowanej podłodze, plamę z wina na jego ukochanym fotelu, ślady dziecięcych dłoni na jego szybach. Słyszałam Nohavicę, którego uparcie włączaliby jego znajomi, i czułam swoją dezorientację.  

Noc przestawia umysł. Rano wiedziałam, że pogrzebu nie będzie, że nie przyjdzie dwóch policjantów ze złą nowiną, nie będę musiała dzwonić, ani tłumaczyć, dlaczego bez księdza i nie w kościele. Nic takiego się nie wydarzy. Chodziło tylko o cień lęku w moich oczach, o nieprzespaną noc, o jego nadzieję na mój strach. O teatr. Miałam podkrążone oczy. Kupiłam jednodniowy sok pomidorowy. Smakował jak krew.

– O, jednak żyjesz – powiedziałam na przywitanie, kiedy wieczorem weszłam do domu i zobaczyłam go pogrążonego w ciemności i w myślach, zatopionego w fotelu.

sobota, 14 kwietnia 2012

intertekstualnie

Od paru tygodni wybierałam się na spotkanie autorskie, promujące najnowszą książkę O.T. Bo to T., o której próbuję napisać pracę magisterską, bo w Krytyce, bo książka ma ładną okładkę. Miałyśmy iść z Olą same, ale w przeddzień wpadałam na pomysł, żeby wyciągnąć jeszcze Karo, a ona wzięła Plu. Przed spotkaniem duszkiem wypiłyśmy po lampce wina, bo ginekolog, bo kiepski dzień, zmęczenie, i żeby wprawić się w intelektualny nastrój. O 19.00 w holu spotkałyśmy się z Karo i Plu.

Wszyscy czworo weszliśmy do sali na piętrze. Lubię tę salę. W poniedziałki puszczają tam filmy, jest wtedy ciemno i przytulnie. Krzesła są ustawione wzdłuż pomieszczenia, a okna przysłonięte czarnymi roletami. Tym razem wszystko było na odwrót. Krzesła w poprzek, za dużo jarzeniowego światła i ludzi. Początkowo siadłyśmy w przejściu na dywanie. Potem okazało się, że Ona, Druga Ona i przemądrzały krytyk mają siedzieć w głębi, na dodatek we wnęce. Nic byśmy nie usłyszały. Przyniosłyśmy sobie krzesła.  Spotkanie zaczęło się od końca, od pytań publiczności, która nie miała pojęcia o co pytać. Zapanowała niezręczna cisza. Poczułam się tak, jak na ćwiczeniach podczas studiów, kiedy zaczynały się zajęcia i nagle okazywało się, że nikt nie przeczytał teksu, o którym mamy rozmawiać. Teraz chyba też nikt nie przeczytał. Potem było tylko gorzej. Byłam rozkojarzona, bo nie lubię próbowania się gatunkach literackich, o którym mówiła T. („zawsze chciałam mieć kryminał, teraz czas na powieść science fiction), nie lubię zadzierania nosa, a już najbardziej nie lubię dekonstrukcji. Podobała mi się tylko dziewczyna w bluzce w gwiazdki, która przede mną siedziała. I jej dziecko w ubraniu z takiego samego materiału. Na nich skupiłam całą swoją uwagę. Rozmówcy zaczęli o powinnościach pisarza, więc uznaliśmy to za dobry pretekst, żeby pójść się napić.