Na moim prawym ramieniu siedzi ptak z rodziny krukowatych.
Miarowo uderza dziobem, przebija skórę i drąży otwór w kości mojej czaszki. Próbuję ignorować
ból, dopóki to jest możliwe, potem łykam tabletkę. Strużka krwi ścieka po szyi
za kołnierz, rozmazuje się pod ubraniem, ale jestem sprytna. Zakładam czerwoną
koszulę, żeby nikt się nie domyślił, żeby wszyscy myśleli, że taki ze mnie
oryginał, co trzyma ptaka na ramieniu. Jest duży i ciężki. Są dni, kiedy trzepie
skrzydłami i wydaje głośne dźwięki, które zagłuszają wszystko: szum miasta,
śmiech przyjaciela, wyznania miłosne, prośby o pomoc. Stuka i łomocze, krzyczy
i kracze, a ja marzę o ciszy, o odrobinie niezbędnego spokoju. Czasem zasypia.
Wtedy rana zaczyna się goić, krew zasycha, niepewnie się uśmiecham. Zbyt szeroki
uśmiech sprawia, że skóra na głowie się porusza, a strup pęka. Wypływa świeża
krew, jej zapach budzi ptaka. Znowu dziobie.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gwóźdź. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gwóźdź. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 19 czerwca 2014
wtorek, 21 maja 2013
gwóźdź
– Jest jedna rzecz, której nigdy nie
możesz mi zrobić. – powiedziałam do P. na samym początku. –
To jest coś, co sprawia, że tracę nad sobą kontrolę; czuję się
wtedy naga i bezsilna, a poczucie bezsilności budzi we mnie agresję.
Bo to było tak: miałam wtedy sześć, może siedem lat.
Mieszkaliśmy w Lublinie, na pewno jeden z moich młodszych braci już
był na świecie. Drugi mógł się jeszcze nie urodzić albo był
tak mały, że nieistotny. Bardzo często przyjeżdżaliśmy w
odwiedziny do Czwartej Babci, u której w dużej mierze się
wychowywałam. W przedpokoju szeregowego domu babci i dziadka była
boazeria. Pamiętam ją bardzo dobrze, bo kiedy byłam zła albo
chciałam być złośliwa, wydłubywałam z niej malutkie gwoździe.
Czasem też wpychałam sęki do środka. Robiły się dziury, których
babcia nie znosiła. Była na mnie wściekła, ale nie chciała tego
okazać. Mówiła coś w stylu: „Dziecko, co ty robisz! Idź się
pobawić!” i wracała do szykowania jedzenia. A ja szłam do innego
zakamarka domu i próbowałam wymyślić kolejną zabawę, która tak
bardzo ją zdenerwuje, że będzie musiała na mnie krzyknąć, że
być może się nie pohamuje i trzaśnie mnie ścierką przez łeb.
Wiedziałam, że nigdy nic mi nie zrobi. Nie znosiłam tej
nieuczciwości, w której zło nie było karane, tej pokornej miłości
podszytej współczuciem i rozczarowaniem, troski podyktowanej
obowiązkiem. Któregoś dnia, kiedy siedziałam w kącie i
wydłubywałam gwoździk, padł rozkaz, że wszyscy jako rodzina
idziemy do kościoła. Zbaraniałam. Nigdy nigdzie nie chodziliśmy
jako rodzina, a tym bardziej nie do kościoła. M. zawsze powtarzała,
że popełniła najcięższy grzech złamania przysięgi i nie może
tam chodzić (przyjęłam to ze zrozumieniem, bo wydawało mi się
oczywiste, że rozwód z moim ojcem jest najcięższym grzechem,
którego nigdy – byłam wtedy tego pewna – jej nie wybaczę).
Stałam tyłem do ściany pokrytej boazerią i próbowałam pytać,
tłumaczyć, potem krzyczeć, że nie chodzimy do kościoła, że nie
mogą mówić, że coś muszę, skoro wcale nie muszę, bo tego nie
robiłam do tej pory, że nie mogą mnie zmuszać do pójścia, że
jak nie przestaną, to zadzwonię do taty i powiem mu, że mnie
zmuszają, a on przecież tyle razy powtarzał, że Kościół to
bzdura, że chodzą tam durni ludzie, a ja nie chcę być durna. I że
nie można mi mówić, co mam robić. A oni, z babcią na czele,
tylko: „Ubieraj się, zaraz wychodzimy” i „Skończ już z tym
gadaniem”. Wbijałam sobie gwoździk coraz głębiej pod paznokieć,
coraz bardziej łzy zalewały mi gardło, coraz bardziej czułam się
rozhisteryzowanym dzieckiem. W pewnym momencie babcia podeszła,
chwyciła mnie za łokieć, wykrzywiła twarz i, naśladując moje
łkanie, wydała z siebie dźwięk, który brzmiał mniej więcej jak
„nenene-nenene”. Wyszarpnęłam się z jej uścisku, krzyknęłam,
że tak nie można i poczułam, jak moja zaciśnięta pięść
ześlizguje się po jej delikatnym, miękkim, przypudrowanym
policzku.
Uciekłam przestraszona do łazienki,
zamknęłam się od środka i siedziałam tam dość długo. Nie
poszłam do kościoła. Już nigdy nikt mnie do tego nie zmuszał.
Czwarta Babcia nadal czasem mnie przedrzeźnia (nauczyłam się walić w ścianę, nie w nią), M. nadal nigdy nie staje w mojej
obronie, a boazeria została niedługo po tym wydarzeniu zdjęta ze
ścian. Przez pewien czas myślałam, że to z powodu pobicia babci
lub powyciąganych gwoździ, ale potem się okazało, że po prostu
była brzydka. A ja nadal nie umiem się powstrzymać, kiedy ktoś
mnie przedrzeźnia. P. wie coś na ten temat.
![]() | |
| rys. Marta Zabłocka |
Subskrybuj:
Posty (Atom)
