środa, 19 marca 2014

Apocalypse. Now!



Rano w tramwaju dziewczyna w niebieskim szaliku niechlujnie żuje gumę. Nadmuchuje balon. Patrzę przez okno. Samochód nie zdążył zahamować, wjeżdża w tłum ludzi, którym nie chciało się poczekać, aż czerwone zmieni się w zielone. Okulary spadają, pomarańcze się rozsypują, wiat porywa apaszkę. Tuż za rondem ciężarówka wbija się w tył autobusu. Blacha gnie się jak liście sałaty, szyby wybuchają milionem brylantów, opony malują na asfalcie secesyjne wzory. Most wali się pod ciężarem pociągu, który jak bezwładna gąsienica zsuwa się do rzeki. Ostatkiem sił próbuje utrzymać się na skrawku śliskiego toru, podciągnąć na zerwanej sieci trakcyjnej. Nic z tego. Wszyscy zginą. Pęka balustrada na moście. Przyczepione do niej kłódki, znaki wiernej nieskończonej miłości, lecą do brudnej wody jak paciorki (szklane, oczywiście). Dzikie, nieśmiałe dotąd zwierzęta, które skrywały się w bebechach miasta, odzyskują śmiałość, wychodzą z ukrycia. Już nie wystarczą im resztki, śmiecie i odpadki. Szczury ciągną kawał Grana Padano z pobliskich delikatesów, bezdomne psy rozszarpują jamóna serrano. Odpada tynk, pękają szyby, drżą ulice. Ludzie uciekają w popłochu, nie wiedząc, że nigdzie nie jest lepiej. Wszyscy umrą. Uśmiecham się. Balon pęka. Dziewczyna w niebieskim szaliku zlizuje resztki gumy z czerwonych ust.

środa, 19 lutego 2014

na puszczy



Nade mną mieszka kobieta, która krzyczy. Pierwszej nocy pragnęłam wykazać się miłosierdziem. Dobrym człowiekiem być, się czuć, pomoc społeczną zawiadomić. Może nawet z synem tej pani pogadać, że to niehumanitarne, że matka przyrasta do łóżka i cierpi. Albo straż miejską wezwać. Może pomogą drzwi sforsować, cierpienie złagodzić, albo chociaż jęki wyciem karetki uciszyć. Drugiej nocy wspinałam się na szczyt empatii, chciałam zrozumieć, jak się czuje ktoś, kto nie może wstać z łóżka. Być może Mariola faktycznie jest w kuchni albo w drugim pokoju i nie słyszy wołania? Może trzeba jeszcze głośniej, jeszcze wytrwalej, aż do piątej nad ranem? A może nie chce słyszeć? Albo nie żyje? Może umarła w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym siódmym, ale kobieta z piątego piętra (mieszkam na czwarty) jeszcze się nie zorientowała? Bo leży w łóżku od osiemdziesiątego trzeciego i trochę jej się lata mylą? Miesza się czas teraźniejszy z przeszłym. To normalne kiedy jest się zależnym. Trzeciej nocy miłosierdzie i empatia wysiadają. Marzę o tym, żeby już umarła. Żeby z krótkiego, przerwanego snu nie wyrywał mnie krzyk zza ściany: boże, boże, niech się ktoś zlituje!  Wyobrażam sobie, że wyważam drzwi i włamuję się tam po to, żeby roztrzaskać jej głowę siekierą (nie mamy w domu siekiery). Nie potrafię wykrzesać z siebie współczucia, ani dobrej woli. Chcę spać.

poniedziałek, 27 stycznia 2014

kamienica

Przekręcam się z boku na bok. Po raz setny tej nocy. Poduszka za płaska, kołdra za ciężka, dwie poduszki za wysokie, druga kołdra za cienka. Myśli oblepiają głowę jak smoła, wlewają się do oczu niechcianymi obrazami. Obmyślam wszystkie katastrofy, które mogłyby się zdarzyć. Planuję pogrzeby, samobójstwa, rozstania. Przymierzam choroby, odcinam sobie piersi i wycinam macicę. Czasem rodzę martwe dzieci. Codziennie o trzeciej w nocy sąsiadka z dołu wychodzi na klatkę schodową i kaszląc, zapala papierosa. Czuję zapach dymu. To ta, która kiedyś mnie zapytała, czy jestem narkomanką.
– A czy wyglądam? – burknęłam.
– Z nimi nigdy nie wiadomo. Była tu taka jedna, spała na schodach na górze. Też nie wyglądała.
Gorąco. Piję wodę. Zimno. Zawijam się w kołdrę. Chowam głowę. Duszno. Między piątą a szóstą wstaje sąsiadka zza ściany i zaczyna krzyczeć na swoje dziecko. Wstawaj gówniarzu co tak długo jeszcze się nie ubrałaś trzeba wychodzić debilu. W myślach poprawiam formy męskie na żeńskie. Chwilę po szóstej przychodzi syn sąsiadki z góry. Co mamusia zje na śniadanie? Kluski lane zrobić czy kaszę manną na mleku? O, kupę mamusia zrobiła. Niechże mamusia współpracuje! Poruszy się, spróbuje podnieść i nie stęka, nie ma powodu! Schody skrzypią pod stopami robotników porannej zmiany, przewraca się butelka, komuś upadają klucze. Kształty wyłaniają się z ciemności, dziwnie wyraźne, nierzeczywiste. Zasypiam na minutę, śni mi się morze, betonowe portowe nadbrzeże. Śmierdzi rybami. Woda jest ciemna i brudna, brunatna piana obryzguje mi twarz. Dzwoni budzik. Wstaję. Udaję, że nic się nie wydarzyło.

czwartek, 16 stycznia 2014

Nazywam się Milijon!

Ogłoszenie parafialne: prezes pewnej firmy za bardzo utożsamił się z bohaterem poniższego wpisu i przez to ucierpiały osoby trzecie niesłusznie oskarżone o autorstwo. Dlatego post musiał na chwilę zniknąć. Przykre to, że osoby zawodowo zajmujące się literaturą nie potrafią odróżnić fikcji od rzeczywistości. Dziękuję, do wiedzenia, pozdrawiam. Autor(ka)


Redakcja literacka dzisiaj zrobiła zebranie. Spowodowała zebranie. Z Zarządem, w Konferencyjnej (zawsze wielką literą). Firmy, w których pracuję tak mają, że są na skraju upadku. Czasem się zastanawiam czy to wynika z mojej obecności (lubię tę wersję, czuję się trochę boska, kiedy tak myślę), czy z tego, że pracuję w branży, która z natury upada, jest na granicy. Od Gutenberga mniej więcej.

– Zwolnić ich wszystkich! – powiedział Prezes, kiedy się dowiedział, że to niedobre jest, żeby nie płacić współpracownikom za pracę, którą wykonali i że niefajnie jest się cieszyć, balować w Wilanowie, kiedy inni muszą przez pół roku się dopominać, upominać, domagać, błagać o swoje. Oburzył się Prezes, że wolimy śledzia zamienić na pensje dla korektorek. Że niezbyt dobrze znamy korporacyjne zwyczaje, że nasze twarze nie przywykły do uprzejmego uśmiechu. – Miliony są! Miliony w stokach! Trzeba tylko to zamienić na cash, wiecie Państwo, case by case, książką Empik zatowarować! Produkt pod klienta robić, a nie tak sobie wydawać coś, co się wydaje dobre. Kupić muszą chcieć. Who knows co się klientom spodoba. Produkt trzeba pod klientów zrobić, filozofię zmienić!

Długo mówił w kaloryferowej duchocie, że firmy tak mają, to całkowicie normalne, w grudniu nie ma pieniędzy, wzrost był, sprzedaż, wskaźniki. Trochę się przeliczyliśmy, estymacja kiepska, ale należy przepraszać, nie kierować do Zarządu, bo Zarząd nic nie może, pieniędzy nie wyczaruje, jak nie ma, to nie ma, a gorzkich żali słuchał nie będzie. Przepraszać i obiecywać, że za miesiąc, datę podać. Zarząd, proszę Państwa, nic nie może. Proszę Państwa, nie wyczaruje. Rynek taki jest, że klient musi kupić. Jak nie kupi, to nie ma. Czy to jest jasne? Jakieś pytania?

Tak. Jedno. Niezadane.

                                                             

poniedziałek, 16 grudnia 2013

rozwód duszy z ciałem

Strony nie zawierały umów małżeńskich. Obecny stan więzi pomiędzy małżonkami prowadzi do wniosku, że nastąpił jednoznaczny rozpad pożycia małżeńskiego o charakterze trwałym, uzasadniony przez śmierć.

Strony poznały się w roku 195..., zamieszkiwały wspólnie przez przeszło 60 lat. W początkowym okresie trwania małżeństwa pomiędzy małżonkami nie występowały problemy i małżeństwo funkcjonowało prawidłowo, dopiero po upływie znacznego okresu czasu Pozwany zaczął się domagać więcej uwagi i opieki, stawał się bardziej zależny i wymagający, gdy tymczasem Powódka dążyła do samodzielności oraz niezależności.

Pod koniec roku 2013 konflikty i nieporozumienia pomiędzy małżonkami się nasiliły. Wynikały z niezgodności stron w zakresie celów życiowych oraz zainteresowań. Strony posiadały odmienne kręgi znajomych, coraz więcej czasu spędzały oddzielnie, a w trakcie wspólnego przebywania nie umiały nawiązać prawidłowego kontaktu. Nasiliły się również między nimi kłótnie, a małżonkowie nie potrafili już podejmować decyzji w najważniejszych kwestiach. Oboje zauważyli, że nie są w stanie dalej funkcjonować w tym związku, jednakże starali się podjąć próbę naprawy istniejącej sytuacji. Prowadzili rozmowy w celu poprawy ich wzajemnych relacji, a także zasięgali porad najznamienitszych przedstawicieli medycyny konwencjonalnej oraz niekonwencjonalnej, jednakże próby te nie przyniosły żadnych trwałych i pożądanych efektów, gdyż strony coraz bardziej się od siebie oddalały.

Na skutek trwającego złego stanu pomiędzy stronami, na wyraźną prośbę Powódki, małżonkowie podjęli decyzję o separacji. Od tego czasu ustało między stronami współżycie fizyczne.

Uczucie między małżonkami wygasło i nie widzą oni szans na dalsze trwanie związku. W sposób ugodowy, przy niewielkim udziale osób trzecich oraz sprzętu medycznego, rozstrzygnęli oni wszystkie kwestie związane ze swoimi relacjami. Majątku wspólnego nigdy nie posiadali.

Przesłuchanie stron wydaje się niemożliwe z przyczyn ontologicznych.

sobota, 28 września 2013

CWKS

Zbyt pijana, żeby jechać rowerem do domu, wsiadam do autobusu. 166 z Ursynowa w stronę Pragi. Ostatni kurs, potem już tylko nocne na około, choć i z tym nie jest łatwo, bo krąży i przystanki się gubią. Na Solcu wsiada kilku legionistów umundurowanych w białe bluzy z czarnymi paskami i czerwono-zielono-białe szaliki.
– Pan poczeka dwie minutki! Kolega biegnie!
Autobus czeka. Wiadomo, lepiej nie zadzierać.
– Wszyscy są?
Wbiega zziajana dziewczyna i dwóch tuż za nią.
– Ce Wu, Cewukaes kierowca z Legią jest!
Ruszamy. Patrzę na nich spod czapki. Odruchowo kontroluję swoją kurtkę, czapkę, torbę. Powinien być spokój.
– Jak on dalej jedzie? – zwraca się do mnie wyzywająco jeden z.
– Teraz był Solec, dalej mostem Poniatowskiego, Zieleniecką i na Pragę.
– Dzięki! Fajna torba.
– Dzięki! – Jestem zbyt pijana, żeby się pohamować, więc dodaję: - Mojej dziewczyny...
– Lesba?
– Tak jakby....
– Ce Wu, Cewukaes Legia z lesbami jest! 

piątek, 12 lipca 2013

freedom is a choice

Zawsze, kiedy mam wrażenie, że coś mi się wymyka, nie ogarniam rzeczywistości i emocji, robię sobie listę. Ta lista to tabelka w Excelu, z trzema rubrykami: „mam”, „chcę” i „boję się”. Potem zakreślam słowa-klucze, które pomagają mi ustalić priorytety i za każdym razem się dziwię, bo jakby mnie ktoś zapytał, to mam, chcę i boję się zupełnie innych rzeczy, niż wynika z tabelki. Ona nigdy się nie myli, a dzisiejsza zdefiniowała wszystko, trafiła w punkt, w sedno. Nadaje się na tatuaż. Wolność, pieniędzy, seksu, kłótni, kontroli, zaangażować.

– Myślisz czasem o tym napisie? – zapytała Mrt, dotykając mojego tatuażu.
– Bardzo często. Właściwie co chwilę. Miałam kiedyś ciotkę. To znaczy: nadal ją mam, ale już nie jest bliska. Wtedy mi się wydawało, że jest jedyną osobą, która mnie rozumie. Zabierała mnie na przejażdżki zdezelowanym, czerwonym dużym fiatem dziadka. To były jedne z najszczęśliwszych chwil, jakie pamiętam z dzieciństwa. Krzyczałyśmy „Bucior!” przy przyspieszaniu i „Bujać się, kasztany!”, kiedy robił się korek. Potem M. rozwiodła się z moim ojcem, a ona wyjechała. Przysyłała mi lalki Barbie ze Stanów. I spinki do włosów. Zawsze podekscytowana otwierałam wielkie, rozerwane na poczcie pudło. A potem szybko rzucałam całe to różowe badziewie w kąt. Moje włosy nie nadawały się do spinek, były zbyt niesforne, kręcone, skudlone i posklejane błotem, a lalkami bawiłam się w lesbijski seks. Parę lat później wróciła, z czego bardzo się cieszyłam. Myślałam, że zrozumie. A ona, jak tylko się dowiedziała, co zrobiłam, gdzie mieszkam i że uciekłam, powiedziała: Ta miłość do wolności kiedyś cię zgubi. Wtedy przestałam ją kochać. Miałam dwanaście lat i wiedziałam, jaki chcę mieć tatuaż. Przez kolejne piętnaście lat szukałam odpowiedniej czcionki.