sobota, 28 września 2013

CWKS

Zbyt pijana, żeby jechać rowerem do domu, wsiadam do autobusu. 166 z Ursynowa w stronę Pragi. Ostatni kurs, potem już tylko nocne na około, choć i z tym nie jest łatwo, bo krąży i przystanki się gubią. Na Solcu wsiada kilku legionistów umundurowanych w białe bluzy z czarnymi paskami i czerwono-zielono-białe szaliki.
– Pan poczeka dwie minutki! Kolega biegnie!
Autobus czeka. Wiadomo, lepiej nie zadzierać.
– Wszyscy są?
Wbiega zziajana dziewczyna i dwóch tuż za nią.
– Ce Wu, Cewukaes kierowca z Legią jest!
Ruszamy. Patrzę na nich spod czapki. Odruchowo kontroluję swoją kurtkę, czapkę, torbę. Powinien być spokój.
– Jak on dalej jedzie? – zwraca się do mnie wyzywająco jeden z.
– Teraz był Solec, dalej mostem Poniatowskiego, Zieleniecką i na Pragę.
– Dzięki! Fajna torba.
– Dzięki! – Jestem zbyt pijana, żeby się pohamować, więc dodaję: - Mojej dziewczyny...
– Lesba?
– Tak jakby....
– Ce Wu, Cewukaes Legia z lesbami jest! 

piątek, 12 lipca 2013

freedom is a choice

Zawsze, kiedy mam wrażenie, że coś mi się wymyka, nie ogarniam rzeczywistości i emocji, robię sobie listę. Ta lista to tabelka w Excelu, z trzema rubrykami: „mam”, „chcę” i „boję się”. Potem zakreślam słowa-klucze, które pomagają mi ustalić priorytety i za każdym razem się dziwię, bo jakby mnie ktoś zapytał, to mam, chcę i boję się zupełnie innych rzeczy, niż wynika z tabelki. Ona nigdy się nie myli, a dzisiejsza zdefiniowała wszystko, trafiła w punkt, w sedno. Nadaje się na tatuaż. Wolność, pieniędzy, seksu, kłótni, kontroli, zaangażować.

– Myślisz czasem o tym napisie? – zapytała Mrt, dotykając mojego tatuażu.
– Bardzo często. Właściwie co chwilę. Miałam kiedyś ciotkę. To znaczy: nadal ją mam, ale już nie jest bliska. Wtedy mi się wydawało, że jest jedyną osobą, która mnie rozumie. Zabierała mnie na przejażdżki zdezelowanym, czerwonym dużym fiatem dziadka. To były jedne z najszczęśliwszych chwil, jakie pamiętam z dzieciństwa. Krzyczałyśmy „Bucior!” przy przyspieszaniu i „Bujać się, kasztany!”, kiedy robił się korek. Potem M. rozwiodła się z moim ojcem, a ona wyjechała. Przysyłała mi lalki Barbie ze Stanów. I spinki do włosów. Zawsze podekscytowana otwierałam wielkie, rozerwane na poczcie pudło. A potem szybko rzucałam całe to różowe badziewie w kąt. Moje włosy nie nadawały się do spinek, były zbyt niesforne, kręcone, skudlone i posklejane błotem, a lalkami bawiłam się w lesbijski seks. Parę lat później wróciła, z czego bardzo się cieszyłam. Myślałam, że zrozumie. A ona, jak tylko się dowiedziała, co zrobiłam, gdzie mieszkam i że uciekłam, powiedziała: Ta miłość do wolności kiedyś cię zgubi. Wtedy przestałam ją kochać. Miałam dwanaście lat i wiedziałam, jaki chcę mieć tatuaż. Przez kolejne piętnaście lat szukałam odpowiedniej czcionki.

wtorek, 2 lipca 2013

wilk

Kiedy pracowałam w żłobku, moim ulubionym dzieckiem był Mati, który bardzo chciał zostać wilkiem. Nieświadomie rozbudziłam w nim to pragnienie. Wymyślałam dzieciom rożne zabawy, często wokół książek, które im czytałam. Znałam się tylko na klockach, książkach i wuefie. Ciężko mi przychodziła zabawa lalkami, jeszcze gorsza byłam w zaplataniu włosów i upinaniu w nich różowych spinek. Mati był najgorszym z niegrzecznych chłopców. Polubiliśmy się pierwszego dnia, kiedy jeszcze dość nieśmiała zaglądałam z ciekawością do sali starszaków (zaczynałam pracę w grupie zasikanych i niemych maluchów). Zawsze mnie zauważał w szparze drzwi i krzyczał: „Halo, Agnieszkaaaaaa!” „Haaaaalo!” odpowiadałam, a po chwili słyszałam przyciszony głos Pani od Starszaków: „Dzień dobry, ciociu Agnieszko się mówi”. Byłam bardzo zadowolona, że żadnemu dziecku nie przechodziło przez gardło nazywanie mnie ciocią. Po pewnym czasie poszłam na zastępstwo do starszaków i już tam zostałam, ku uciesze Matiego i kilku innych łobuziaków.

Pewnego dnia czytałam bajkę o Czerwonym Kapturku, powoli, po dwa zdania, a oni mieli wydawać wszystkie odgłosy, które mogłyby się tam pojawić. Wtedy Mati odkrył, że jest wilkiem. Od tej pory wył za każdym razem, kiedy coś mu się nie podobało albo bardzo mu się podobało, albo kiedy się nudził, kiedy tęsknił i kiedy się cieszył. Wył prawie bez przerwy, a ciocie coraz bardziej go nie lubiły. Wył aż do Gwiazdki.

Tuż przed Świętami do dzieci miał przyjść Mikołaj, a po spotkaniu z nim miał się odbyć bal przebierańców. Od rana wszystkie starszaki były bardzo podekscytowane, uciekały z sali do szatni, gdzie wisiały przygotowane kostiumy, podglądały i dopytywały, czy już, kiedy i czy za chwilę. Mati nie przyniósł kostiumu. Mama ubrała go w dżinsy, koszulę w kratę, zawiązała mu aksamitkę pod szyją i oznajmiła, że będzie kowbojem. Było mi trochę przykro, bo wszystkie królewny, śnieżynki i Zorro mieli skomplikowane przebrania wyszukane w najdroższych wypożyczalniach. Nawet przez chwilę głowiłam się nad zabawą, w której to kowboj byłby głównym bohaterem, żeby zrekompensować mu ubogi strój. Niedługo przed nadejściem Mikołaja, kiedy mąż jednej z właścicielek przyklejał sobie brodę z waty, do sali zapukał tata Matiego. Konspiracyjnym szeptem poprosił, żebym wyszła i przeprosił, że tak w ostatniej chwili, ale nigdzie w Warszawie nie mógł znaleźć odpowiedniego kostiumu. Zawołaliśmy Matiego. Poprosiliśmy, żeby w żadnym wypadku nie otwierał oczu i niezgrabnie, trochę szarpiąc i wyginając jego spore jak na trzylatka ciało, próbowaliśmy upchnąć je w przyciasny kostium z gąbki.
– Jestem wilkiem!!! – wrzasnął, kiedy pozwoliliśmy mu otworzyć oczy i przejrzeć się w lustrze.

Mikołaj trochę się spóźnił. Zniecierpliwione dzieci co chwilę biegały do łazienki sprawdzić, czy kostiumy odpowiednio leżą, czy korony się nie przekrzywiły, czy peleryny ładnie powiewają. Kiedy Święty w końcu wszedł do sali, wszystkie zamarły przestraszone. Żadne nie chciało podejść do niego samo, żadne nie powiedziało wierszyka ani nie zaśpiewało piosenki. Speszone, ze spuszczonymi głowami odbierały swoje prezenty i szybko uciekały w najdalszy kąt. A Mati wył wniebogłosy. Pocił się i drętwiał w niewygodnym, za małym kostiumie, ale nie pozwolił go sobie zdjąć lub chociaż rozpiąć zamka. Wył i promieniał szczęściem.

rys. Marta Zabłocka
                       

piątek, 21 czerwca 2013

homofobia stosowana

– Ty, to chyba lesba jest! Patrz! – łysy w krótkich ortalionowych spodniach, frotowych skarpetach naciągniętych do półłydki pokazuje na znaczek przypięty do mojej torby. Kolorowa niepodległa, 11.11.11 i dwie flagi, Polski i tęczowa. Dwa na cztery milimetry, prawie niewidoczne, ale nie umkną wprawnemu oku. Wyłączam muzykę, nie zdejmuję słuchawek. Słucham, co będzie dalej. – Ale mówię Ci, to choroba jest, to można leczyć. Takie plamy tu mam, widzisz? Poszłem do lekarza i znikają, widzisz? O, tu była większa. Widzisz? Do lekarza trzeba, biedni ludzie, nie można się śmiać. To choroba.
– Albo wyruchać porządnie –  dodał, po namyśle, jego kolega w takich samych spodniach i takich samych skarpetach.

poniedziałek, 17 czerwca 2013

romantyczność

Silva ma złamane serce. Próbuję ją wspierać, ale kiepsko mi to wychodzi. Od bardzo dawna nie dałam nikomu możliwości złamania sobie serca i już trochę zapomniałam, jak to jest. Przy S. czuję się zimna i kamienna.

Opowiadała mi o różnych romantycznych sytuacjach, które były i minęły.
– Któregoś dnia czekałam na niego przez cały dzień ubrana tylko w zwiewną, czarną sukienkę. Myślałam, że spłonę, a on to podsycał esemesami...
– Tak, znam to. Potem, jak już przychodzi co do czego, okazuje się, że właściwie wszystko się wydarzyło w tych esemesach, że już się nie chce, że chodziło tylko o czekanie i można pójść spać. Albo osoba, na którą się czekało, spóźnia się nieznośnie, robi ci się zimno, zakładasz dres, chowasz się pod kocem i czytasz książkę do rana.
– Nieprawda! – oburzyła się z lekkim uśmiechem.
– Prawda, prawda. To tak, jak z seksem na plaży. W filmie wygląda romantycznie, a w rzeczywistości? Piasek w ustach, we włosach i w cipce. Otarcia. Albo śniadanie do łóżka. Okruchy pod tyłkiem, rozlana kawa, filiżanka, której nie ma gdzie odstawić. Przed śniadaniem trzeba zrobić siku, umyć zęby. Po co potem wracać do łóżka? Na seks to rozumiem, ale żeby jeść? Bez sensu. A seks w kuchni? Kiedy boli kark, bo trudno się zmieścić pod wiszącymi szafkami, trzeba uważać, żeby nie rozlał się olej albo mleko, żeby nie zrzucić solniczki, nie nadziać się na nóż. Zrywanie naręczy polnych kwiatów i razem z nimi przynoszenie sobie do domu mszyc. Szczękanie zębami z zimna nocą na moście i potem leczenie spierzchniętych ust. Dostawanie ciętych kwiatów i obserwowanie, jak gniją, umierają, zaczynają śmierdzieć...

wtorek, 4 czerwca 2013

małe piwo

Po dość nudnym i kiepsko zorganizowanym proteście w słusznej sprawie siedzieliśmy z P. i Silvą na małym piwie. Rozmowa powoli się snuła, butelki stawały się coraz lżejsze. W pewnym momencie przed oświetloną witryną przystanęła staruszka. Nie odgarnęła siwych kosmyków opadających na czoło, nie zapytała, co się tu dzieje i czemu jest tak głośno, skoro już zapadała cisza nocna. Nic nie powiedziała, nie wykonała żadnego bezsensownego ruchu. W granatowym płaszczu-pelerynie do kolan stała i złowrogo patrzyła przez szybę, przez szeroko otwarte drzwi, na rozweselonych, beztroskich ludzi. Rozejrzałam się po wnętrzu. Na kogo wypadnie, na tego bęc. Sympatyczna, wytatuowana barmanka, która zawsze wita nas uśmiechem. Głupawe, rozchichotane dziewczyny przy pierwszym stoliku. Zagraniczni turyści przy drugim. Opierający się o pustą butelkę, podstarzały, smutny metal przy trzecim.
– Jak śmierć – spojrzałam znacząco na P.
– Kostucha – dodał, potwierdzając.

wtorek, 28 maja 2013

serial familijny

W domu M. ogląda się telewizję. Nawet to lubię, bo nie trzeba wtedy rozmawiać, nie jest się odpytywanym, przepytywanym i pouczanym. Każdy upija się w samotności.

Tego dnia był serial. Komediowy, familijny. O typowej współczesnej rodzinie.

Ujęcie pierwsze: nastolatek siedzi przy kuchennym stole, uczy się wiersza na pamięć, duka, wyraźnie cierpi. Wchodzi serialowy ojciec. Chłopiec skarży się na beznadzieję programu nauczania, na anachronizm, bo po co w erze iPada uczyć się wierszy na pamięć? No po co? Przecież w każdej chwili można wyguglować, gdyby była taka potrzeba.
– Bez serc, bez ducha, to szkieletów ludy – natchnionym głosem recytuje serialowy ojciec. I dodaje: – Synu, tu chodzi o poszerzanie horyzontów, o kulturę narodową, o to, że my z niego wszyscy. I jeszcze o trening pamięci.
Tyradę przerywa serialowa Matka Polka. Z gracją porusza się z naręczem zakupów ubrana w kobaltową spódnicę mini, jedwabną bluzkę w kolorze szmaragdów i niebotyczne szpilki. Wchodzi ze stukiem, odstawia siatki, pyta serialowego ojca:
– Zamówiłeś pizzę?
– Eee... zapomniałem. – odpowiada skruszony. – Podasz mi numer telefonu? Powinien wisieć na lodówce.
– 522 63 22 – bez zająknięcia recytuje z pamięci serialowy syn. Kurtyna.

Ujęcie drugie: serialowa matka, nadal w miniówie i na szpilkach, stoi na dole schodów z koszem na brudną bieliznę i krzyczy:
– Chłopaki! Chłopaki! Dajcie mi tu swoje brudy! Wstawiam pranie! Chłopaki!
Po chwili zasypuje ją grad brudnych skarpet, gaci, podkoszulków. Nic nie ląduje w koszu, wszystko na matce lub obok niej. Kurtyna. M. wybucha śmiechem.

Ujęcie trzecie: serialowa matka, tym razem już w dresie, odkurza pokój swojego serialowego syna. W pewnym momencie odkurzacz przestaje ciągnąc, ona w krzyk:
- Luuudwik! Luuudwik! Chodź tu! Odkurzacz się zepsuł!
Przychodzi serialowy ojciec, odpina rurę, wyjmuje z niej marchewkę. Z triumfującą miną wręcza żonie naprawiony odkurzacz, wychodzi bez słowa. Kobieta, zadowolona, wraca do odkurzania. Kurtyna.

Nie wytrzymuję, wychodzę do kuchni, głęboko oddycham. Z oddali słyszę salwy śmiechu. Zastanawiam się, czy już zupełnie straciłam poczucie humoru?