Zbyt pijana, żeby jechać rowerem do domu, wsiadam do autobusu. 166 z Ursynowa w stronę Pragi. Ostatni kurs, potem już tylko nocne na około, choć i z tym nie jest łatwo, bo krąży i przystanki się gubią. Na Solcu wsiada kilku legionistów umundurowanych w białe bluzy z czarnymi paskami i czerwono-zielono-białe szaliki.
– Pan poczeka dwie minutki! Kolega biegnie!
Autobus czeka. Wiadomo, lepiej nie zadzierać.
– Wszyscy są?
Wbiega zziajana dziewczyna i dwóch tuż za nią.
– Ce Wu, Cewukaes kierowca z Legią jest!
Ruszamy. Patrzę na nich spod czapki. Odruchowo kontroluję swoją kurtkę, czapkę, torbę. Powinien być spokój.
– Jak on dalej jedzie? – zwraca się do mnie wyzywająco jeden z.
– Teraz był Solec, dalej mostem Poniatowskiego, Zieleniecką i na Pragę.
– Dzięki! Fajna torba.
– Dzięki! – Jestem zbyt pijana, żeby się pohamować, więc dodaję: - Mojej dziewczyny...
– Lesba?
– Tak jakby....
– Ce Wu, Cewukaes Legia z lesbami jest!
sobota, 28 września 2013
piątek, 12 lipca 2013
freedom is a choice
Zawsze, kiedy mam wrażenie, że coś
mi się wymyka, nie ogarniam rzeczywistości i emocji, robię sobie
listę. Ta lista to tabelka w Excelu, z trzema rubrykami: „mam”,
„chcę” i „boję się”. Potem zakreślam słowa-klucze, które
pomagają mi ustalić priorytety i za każdym razem się dziwię, bo
jakby mnie ktoś zapytał, to mam, chcę i boję się zupełnie
innych rzeczy, niż wynika z tabelki. Ona nigdy się nie myli, a
dzisiejsza zdefiniowała wszystko, trafiła w punkt, w sedno. Nadaje
się na tatuaż. Wolność, pieniędzy, seksu, kłótni, kontroli,
zaangażować.
– Myślisz czasem o tym napisie? –
zapytała Mrt, dotykając mojego tatuażu.
– Bardzo często. Właściwie co
chwilę. Miałam kiedyś ciotkę. To znaczy: nadal ją mam, ale już
nie jest bliska. Wtedy mi się wydawało, że jest jedyną osobą,
która mnie rozumie. Zabierała mnie na przejażdżki
zdezelowanym, czerwonym dużym fiatem dziadka. To były jedne z
najszczęśliwszych chwil, jakie pamiętam z dzieciństwa.
Krzyczałyśmy „Bucior!” przy przyspieszaniu i „Bujać się,
kasztany!”, kiedy robił się korek. Potem M. rozwiodła się z
moim ojcem, a ona wyjechała. Przysyłała mi lalki Barbie ze Stanów.
I spinki do włosów. Zawsze podekscytowana otwierałam wielkie,
rozerwane na poczcie pudło. A potem szybko rzucałam całe to różowe
badziewie w kąt. Moje włosy nie nadawały się do spinek, były
zbyt niesforne, kręcone, skudlone i posklejane błotem, a lalkami
bawiłam się w lesbijski seks. Parę lat później wróciła, z
czego bardzo się cieszyłam. Myślałam, że zrozumie. A ona, jak
tylko się dowiedziała, co zrobiłam, gdzie mieszkam i że uciekłam,
powiedziała: Ta miłość do wolności kiedyś cię zgubi. Wtedy
przestałam ją kochać. Miałam dwanaście lat i wiedziałam, jaki
chcę mieć tatuaż. Przez kolejne piętnaście lat szukałam
odpowiedniej czcionki.
wtorek, 2 lipca 2013
wilk
Kiedy pracowałam w żłobku, moim
ulubionym dzieckiem był Mati, który bardzo chciał zostać wilkiem.
Nieświadomie rozbudziłam w nim to pragnienie. Wymyślałam dzieciom
rożne zabawy, często wokół książek, które im czytałam. Znałam
się tylko na klockach, książkach i wuefie. Ciężko mi
przychodziła zabawa lalkami, jeszcze gorsza byłam w zaplataniu włosów
i upinaniu w nich różowych spinek. Mati był najgorszym z
niegrzecznych chłopców. Polubiliśmy się pierwszego dnia, kiedy
jeszcze dość nieśmiała zaglądałam z ciekawością do sali
starszaków (zaczynałam pracę w grupie zasikanych i niemych
maluchów). Zawsze mnie zauważał w szparze drzwi i krzyczał:
„Halo, Agnieszkaaaaaa!” „Haaaaalo!” odpowiadałam, a po
chwili słyszałam przyciszony głos Pani od Starszaków: „Dzień
dobry, ciociu Agnieszko się mówi”. Byłam bardzo zadowolona, że
żadnemu dziecku nie przechodziło przez gardło nazywanie mnie
ciocią. Po pewnym czasie poszłam na zastępstwo do starszaków i
już tam zostałam, ku uciesze Matiego i kilku innych łobuziaków.
Pewnego dnia czytałam bajkę o
Czerwonym Kapturku, powoli, po dwa zdania, a oni mieli wydawać
wszystkie odgłosy, które mogłyby się tam pojawić. Wtedy Mati
odkrył, że jest wilkiem. Od tej pory wył za każdym razem, kiedy
coś mu się nie podobało albo bardzo mu się podobało, albo kiedy
się nudził, kiedy tęsknił i kiedy się cieszył. Wył prawie bez
przerwy, a ciocie coraz bardziej go nie lubiły. Wył aż do
Gwiazdki.
Tuż przed Świętami do dzieci miał
przyjść Mikołaj, a po spotkaniu z nim miał się odbyć bal
przebierańców. Od rana wszystkie starszaki były bardzo
podekscytowane, uciekały z sali do szatni, gdzie wisiały
przygotowane kostiumy, podglądały i dopytywały, czy już, kiedy i
czy za chwilę. Mati nie przyniósł kostiumu. Mama ubrała go w
dżinsy, koszulę w kratę, zawiązała mu aksamitkę pod szyją i
oznajmiła, że będzie kowbojem. Było mi trochę przykro, bo
wszystkie królewny, śnieżynki i Zorro mieli skomplikowane
przebrania wyszukane w najdroższych wypożyczalniach. Nawet przez
chwilę głowiłam się nad zabawą, w której to kowboj byłby
głównym bohaterem, żeby zrekompensować mu ubogi strój. Niedługo
przed nadejściem Mikołaja, kiedy mąż jednej z właścicielek
przyklejał sobie brodę z waty, do sali zapukał tata Matiego.
Konspiracyjnym szeptem poprosił, żebym wyszła i przeprosił, że
tak w ostatniej chwili, ale nigdzie w Warszawie nie mógł znaleźć
odpowiedniego kostiumu. Zawołaliśmy Matiego. Poprosiliśmy, żeby w
żadnym wypadku nie otwierał oczu i niezgrabnie, trochę szarpiąc i
wyginając jego spore jak na trzylatka ciało, próbowaliśmy upchnąć
je w przyciasny kostium z gąbki.
– Jestem wilkiem!!! – wrzasnął,
kiedy pozwoliliśmy mu otworzyć oczy i przejrzeć się w lustrze.
Mikołaj trochę się spóźnił.
Zniecierpliwione dzieci co chwilę biegały do łazienki sprawdzić,
czy kostiumy odpowiednio leżą, czy korony się nie przekrzywiły,
czy peleryny ładnie powiewają. Kiedy Święty w końcu wszedł do
sali, wszystkie zamarły przestraszone. Żadne nie chciało podejść
do niego samo, żadne nie powiedziało wierszyka ani nie zaśpiewało
piosenki. Speszone, ze spuszczonymi głowami odbierały swoje
prezenty i szybko uciekały w najdalszy kąt. A Mati wył
wniebogłosy. Pocił się i drętwiał w niewygodnym, za małym
kostiumie, ale nie pozwolił go sobie zdjąć lub chociaż rozpiąć
zamka. Wył i promieniał szczęściem.
![]() | |
| rys. Marta Zabłocka |
piątek, 21 czerwca 2013
homofobia stosowana
– Ty, to chyba lesba jest! Patrz! – łysy w krótkich ortalionowych spodniach, frotowych skarpetach naciągniętych do półłydki pokazuje na znaczek przypięty do mojej torby. Kolorowa niepodległa, 11.11.11 i dwie flagi, Polski i tęczowa. Dwa na cztery milimetry, prawie niewidoczne, ale nie umkną wprawnemu oku. Wyłączam muzykę, nie zdejmuję słuchawek. Słucham, co będzie dalej. – Ale mówię Ci, to choroba jest, to można leczyć. Takie plamy tu mam, widzisz? Poszłem do lekarza i znikają, widzisz? O, tu była większa. Widzisz? Do lekarza trzeba, biedni ludzie, nie można się śmiać. To choroba.
– Albo wyruchać porządnie – dodał, po namyśle, jego kolega w takich samych spodniach i takich samych skarpetach.
– Albo wyruchać porządnie – dodał, po namyśle, jego kolega w takich samych spodniach i takich samych skarpetach.
poniedziałek, 17 czerwca 2013
romantyczność
Silva ma złamane serce. Próbuję ją
wspierać, ale kiepsko mi to wychodzi. Od bardzo dawna nie dałam
nikomu możliwości złamania sobie serca i już trochę zapomniałam,
jak to jest. Przy S. czuję się zimna i kamienna.
Opowiadała mi o różnych
romantycznych sytuacjach, które były i minęły.
– Któregoś dnia czekałam na niego
przez cały dzień ubrana tylko w zwiewną, czarną sukienkę.
Myślałam, że spłonę, a on to podsycał esemesami...
– Tak, znam to. Potem, jak już
przychodzi co do czego, okazuje się, że właściwie wszystko się
wydarzyło w tych esemesach, że już się nie chce, że chodziło
tylko o czekanie i można pójść spać. Albo osoba, na którą się
czekało, spóźnia się nieznośnie, robi ci się zimno, zakładasz
dres, chowasz się pod kocem i czytasz książkę do rana.
– Nieprawda! – oburzyła się z lekkim
uśmiechem.
– Prawda, prawda. To tak, jak z seksem
na plaży. W filmie wygląda romantycznie, a w rzeczywistości?
Piasek w ustach, we włosach i w cipce. Otarcia. Albo śniadanie do
łóżka. Okruchy pod tyłkiem, rozlana kawa, filiżanka, której nie
ma gdzie odstawić. Przed śniadaniem trzeba zrobić siku, umyć
zęby. Po co potem wracać do łóżka? Na seks to rozumiem, ale żeby
jeść? Bez sensu. A seks w kuchni? Kiedy boli kark, bo trudno się
zmieścić pod wiszącymi szafkami, trzeba uważać, żeby nie rozlał
się olej albo mleko, żeby nie zrzucić solniczki, nie nadziać się
na nóż. Zrywanie naręczy polnych kwiatów i razem z nimi
przynoszenie sobie do domu mszyc. Szczękanie zębami z zimna nocą
na moście i potem leczenie spierzchniętych ust. Dostawanie ciętych
kwiatów i obserwowanie, jak gniją, umierają, zaczynają
śmierdzieć...
wtorek, 4 czerwca 2013
małe piwo
Po dość nudnym i kiepsko
zorganizowanym proteście w słusznej sprawie siedzieliśmy z P. i
Silvą na małym piwie. Rozmowa powoli się snuła, butelki stawały
się coraz lżejsze. W pewnym momencie przed oświetloną witryną
przystanęła staruszka. Nie odgarnęła siwych kosmyków opadających
na czoło, nie zapytała, co się tu dzieje i czemu jest tak głośno,
skoro już zapadała cisza nocna. Nic nie powiedziała, nie wykonała
żadnego bezsensownego ruchu. W granatowym płaszczu-pelerynie do
kolan stała i złowrogo patrzyła przez szybę, przez szeroko
otwarte drzwi, na rozweselonych, beztroskich ludzi. Rozejrzałam się
po wnętrzu. Na kogo wypadnie, na tego bęc. Sympatyczna, wytatuowana
barmanka, która zawsze wita nas uśmiechem. Głupawe, rozchichotane
dziewczyny przy pierwszym stoliku. Zagraniczni turyści przy drugim.
Opierający się o pustą butelkę, podstarzały, smutny metal przy
trzecim.
– Jak śmierć – spojrzałam
znacząco na P.
– Kostucha – dodał, potwierdzając.
wtorek, 28 maja 2013
serial familijny
W domu M. ogląda się telewizję.
Nawet to lubię, bo nie trzeba wtedy rozmawiać, nie jest się
odpytywanym, przepytywanym i pouczanym. Każdy upija się w
samotności.
Tego dnia był serial. Komediowy,
familijny. O typowej współczesnej rodzinie.
Ujęcie pierwsze: nastolatek siedzi
przy kuchennym stole, uczy się wiersza na pamięć, duka, wyraźnie
cierpi. Wchodzi serialowy ojciec. Chłopiec skarży się na
beznadzieję programu nauczania, na anachronizm, bo po co w erze
iPada uczyć się wierszy na pamięć? No po co? Przecież w każdej
chwili można wyguglować, gdyby była taka potrzeba.
– Bez serc, bez ducha, to szkieletów
ludy – natchnionym głosem recytuje serialowy ojciec. I dodaje: – Synu, tu chodzi o poszerzanie horyzontów, o kulturę narodową, o
to, że my z niego wszyscy. I jeszcze o trening pamięci.
Tyradę przerywa serialowa Matka Polka.
Z gracją porusza się z naręczem zakupów ubrana w kobaltową
spódnicę mini, jedwabną bluzkę w kolorze szmaragdów i
niebotyczne szpilki. Wchodzi ze stukiem, odstawia siatki, pyta
serialowego ojca:
– Zamówiłeś pizzę?
– Eee... zapomniałem. – odpowiada
skruszony. – Podasz mi numer telefonu? Powinien wisieć na lodówce.
– 522 63 22 – bez zająknięcia
recytuje z pamięci serialowy syn. Kurtyna.
Ujęcie drugie: serialowa matka, nadal
w miniówie i na szpilkach, stoi na dole schodów z koszem na brudną
bieliznę i krzyczy:
– Chłopaki! Chłopaki! Dajcie mi tu
swoje brudy! Wstawiam pranie! Chłopaki!
Po chwili zasypuje ją grad brudnych
skarpet, gaci, podkoszulków. Nic nie ląduje w koszu, wszystko na
matce lub obok niej. Kurtyna. M. wybucha śmiechem.
Ujęcie trzecie: serialowa matka, tym
razem już w dresie, odkurza pokój swojego serialowego syna. W
pewnym momencie odkurzacz przestaje ciągnąc, ona w krzyk:
- Luuudwik! Luuudwik! Chodź tu!
Odkurzacz się zepsuł!
Przychodzi serialowy ojciec, odpina
rurę, wyjmuje z niej marchewkę. Z triumfującą miną
wręcza żonie naprawiony odkurzacz, wychodzi bez słowa. Kobieta,
zadowolona, wraca do odkurzania. Kurtyna.
Nie wytrzymuję, wychodzę do kuchni,
głęboko oddycham. Z oddali słyszę salwy śmiechu. Zastanawiam
się, czy już zupełnie straciłam poczucie humoru?
Subskrybuj:
Posty (Atom)
