Praga-Północ, niedziela, dziewiąta rano. Impreza jeszcze się
nie skończyła, ale w ich głosach słychać nadchodzącego kaca. Wychrypują
kiepskie rymy („Twoja mama może sama, kurwa szama, twoja mama…”). Trochę mi ich
żal. Nie położyli się spać w odpowiednim momencie i teraz już nie wiadomo.
Pewnie piwo jest ciepłe, wygazowane, a wódki i sił brak, więc tak siedzą,
półleżą, wydają niezidentyfikowane dźwięki, kiwają się. Dobrze, że każda
melodia jest taka sama, nie trzeba zmieniać tempa, rytm prosty, niemal mantryczny.
Jeden klika na YouTube’ie: „To jest, kurwa, zajebiste! Ja pierdolę, kurwa!
Majtki różowe załóż na głowę la lala la”.
Na podwórku przy śmietniku menel gniecie puszki.
Zgarbiona kobieta w podomce tłucze kotlety. Nieświadomie
wybija ten sam ryt, do którego kiwają się chłopaki z imprezy. Jest jej wszystko
jedno. Stara się nie przesolić zupy i zamknąć okno na czas, żeby nic nie
wyciekło, żeby świat nie zauważył i przypadkiem się nie rozpadł, żeby nie musiała
decydować, bo to najgorsze.
– Mongoły pierdolone! Zapierdolę Mongoły! – krzyczy ten,
który codziennie nienawidzi kogoś innego: raz Cyganów, potem Żydów, komunistów
i suk. Jednak Mongołom dostaje się najczęściej. Zastanawiam się, czy
kiedykolwiek jakiegoś widział, choćby w telewizji. Prawdopodobnie nie rusza się
z mieszkania. Ma stary, szorstki głos. Wyobrażam sobie jago zatłuszczony,
pożółkły podkoszulek i szaro-bure rozciągnięte slipy. Że siedzi na jednym z
dwóch foteli ustawionych przy dłuższych bokach ławy, na której popielniczka
albo po prostu słoik kipi petami. Tak bardzo się nudzi, że z tej nudy
nienawidzi wszystkich i wszystkiego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz